NOWOŚCI

Najchętniej czytane

KULINARIA I PORADNIKI

Wywiady, Recenzje, Rekomendacje

Wywiad

Rozmawiam z Bożeną Stasiak, dziennikarką od lat zajmującą się tekstami poświęconymi zdrowiu oraz autorką książek o szeroko pojętej tematyce medycznej. Pretekstem do naszej rozmowy jest premiera książki jej autorstwa „Pandemia. Dzieje zarazy” , która ukazała się nakładem Wydawnictwa Harde.

Czy do napisania książki „Pandemia. Dzieje zarazy” skłonił Panią chaos informacyjny dotyczący wirusa SARS-CoV-2 odpowiedzialnego za pandemię, która od kilku miesięcy determinuje nasze życie?

Pomysł na książkę o pandemiach przyszedł mi do głowy od razu, kiedy w świat poszła informacja o tajemniczym wirusie w Chinach. Jeszcze go nie zidentyfikowano, ale już można było odczuć, że naukowcy czują przed nim respekt, przez co wydawał się bardziej groźny. Mniej więcej w tym czasie brałam udział w konferencji, jaka odbywała się w ambasadzie chińskiej w Warszawie. Tam zaprezentowano nam film z Wuhan, który, choć wydźwięk zapewne z założenia twórców miał mieć krzepiący, na mnie zrobił całkiem przeciwne wrażenie. A wkrótce potem już było jasne, że mamy do czynienia nie z lokalnym ogniskiem zakażeń, ale z rozprzestrzeniającą się pandemią. Towarzyszyła jej pandemia strachu i pandemia…dezinformacji. Uznałam, że to wszystko jest wspaniałym tematem na książkę.

Tytuł „Pandemia. Dzieje zarazy” wywołuje skojarzenie z obecną pandemią, ale potraktowała Pani temat chorób zakaźnych kompleksowo, od strony historycznej i medycznej. Dlaczego?

„Pandemia. Dzieje zarazy” nie jest jednak książką poruszającą jedynie obecną pandemię Covid-10, choć oczywiście takie skojarzenia, już przez samą okładkę, budzi. Opisałam w niej epidemie – te największe, ale i mniejsze też, chorób zakaźnych dziesiątkujących ludzkość od starożytności. Chciałam pokazać, że towarzyszyły one człowiekowi od bardzo dawna, towarzyszą nam nadal i tak już będzie, dopóki człowiek będzie istniał, a razem z nim istnieć będą rozmaite patogeny.

W jednym z rozdziałów tłumaczy Pani, czym są, skąd się wzięły i jak działają wirusy i bakterie. Pisze Pani jednak, że nie zawsze są one naszymi wrogami, Czy rzeczywiście mogą być stosowane w terapiach przeciwnowotworowych lub wleczeniu schorzeń neurodegeneracyjnych?

Najwięcej uwagi poświęciłam wirusom i bakteriom, tym najpowszechniej występującym czynnikom chorobotwórczym. Ale jednocześnie podaję przykłady, że nie zawsze są one naszymi wrogami, czasami bywają przyjaciółmi. Dzięki osiągnięciom biologii molekularnej i inżynierii genetycznej pewne wirusy można tak przeprogramować, żeby, zamiast zabijać, mogły leczyć. Wstrzyknięte do guzów nowotworowych potrafią zniszczyć komórki rakowe, inne można tak zmodyfikować, żeby wzmacniać układ odpornościowy. Ostatnio sporo mówi się o tzw. bakteriofagach – wirusach pożerających zabójcze bakterie. To właśnie dlatego kąpiel w rzece Ganges ma właściwości uzdrawiające, chociaż pływa w niej ogromna ilość zanieczyszczeń.

Dżuma, trąd, ospa, cholera, polio, AIDS, ebola czy „hiszpanka”… Zarazy i plagi przez tysiąclecia dziesiątkowały ludzkość. Miały wpływ na bieg historii, politykę, życie społeczne i religijne… Pisze Pani też, że sprzyjały pogromom grup społecznych i nacji, którym przypisywano winę za wybuch zarazy…

Pisząc o plagach dziesiątkujących od tysięcy lat ludzkość nie sposób nie wspomnieć o tym, jak wielki miały one wpływ na życie społeczne, ekonomiczne, religijne, jak zmieniały bieg historii. I ten aspekt, poza czysto medycznym, również znalazł wyraz w mojej książce. To ospa stała się przyczyną upadku Rzymu za czasów Marka Antoninusa Aureliusza, nazwana później „zarazą Antoninów”, to dżuma w XIV w. wieku pozbawiła świetności Wenecję. To przez ospę, przywleczoną w XVI w. przez Hiszpanów, Aztekowie stracili nie tylko 80 proc. populacji, ale także wiarę. Zaś słynna grypa „hiszpanka” spowodowała załamanie armii pod Paryżem. W mojej książce opisuję wiele takich zdarzeń pokazujących, jak pandemie mogą zmieniać świat.

Opisuje Pani w książce stosowane niegdyś metody leczenia, odwołując się do źródeł historycznych i opracowań naukowych. Mogłaby Pani uchylić rąbka tajemnicy?

Niektóre zamieszczane przeze mnie opisy mogą budzić niedowierzanie. Mam tu na myśli stosowane niegdyś sposoby leczenia „zaraz”. Np. maści czy zastrzyki na syfilis, krew dziewic lub dzieci jako dość powszechny „lek” w czasach starożytnych, whisky na grypę… Ale niektóre z tych metod dały początek współczesnym środkom ochronnym, np. kwarantannę stosowano już w XIV w. we Włoszech.

Jeden z rozdziałów poświęciła Pani koronawirusom, w tym wirusowi SARS-CoV-2 odpowiedzialnemu za obecną pandemię, ale też SARS – CoV, MERS-CoV, COVID 19A. Jak współczesna medycyna radzi sobie z wirusami i ich mutacjami?

Współczesna medycyna oczywiście radzi sobie z chorobotwórczymi patogenami zupełnie inaczej. Mamy szczepionki, innowacyjne leki, terapie celowane, immunoterapie… A mimo to co i raz pojawia się jakiś wirus czy bakteria, z którymi nauka nie może sobie poradzić. Przykładem jest wirus SARS – CoV czy obecny nowy koronawirus SARS -CoV-2. Historia zarazy pokazuje, że pewne choroby zakaźne, dzięki wynalezieniu nowej szczepionki czy leku, udaje się wytępić, jak np. ospę prawdziwą, inne tylko wyhamować, a jeszcze inne wciąż czekają na odkrycie sposobu, który pomógłby je zwalczyć. Ponieważ jednak natura nie znosi próżni, może być i tak, że jakiś drobnoustrój zniknie, ale w jego miejsce pojawi się kolejny, może jeszcze groźniejszy…

Od czasu do czasu w mediach pojawiają się sugestie, że SARS-CoV-2 wymknął się z laboratorium. Czy to możliwe?

Pandemiom często towarzyszą różne teorie spiskowe. Nie inaczej jest i z Covid-19. W tym przypadku dość często przewija się ta, że nowy koronawirus wymknął się z laboratorium Wuhan. Nie mnie oceniać, czy jest w tym jakaś prawda, ale teorię, jako jedną z wielu, przedstawiam. Niewykluczone, że w momencie, kiedy książka już się ukaże, któraś z tych licznych teorii spiskowych okaże się czymś więcej niż tylko teorią.

Czy na przełomie 2020/21 roku możemy oczekiwać drugiej, jeszcze silniejszej pandemii?

Nie mnie również oceniać, przewidywać, czy na przełomie roku możemy się spodziewać drugiej fali obecnej pandemii bądź może jeszcze innej, innego rodzaju pandemii. Opinie naukowców są tu podzielone. Ale większość uważa, że z pewnością możemy się spodziewać epidemii grypy, na którą może nałożyć się obecny koronawirus, ale już w łagodniejszej postaci. Natomiast – i to lekarze podkreślają już zgodnie – w powodzi działań związanych z Covid-19 zapominamy o innych chorobach, które też można by nazwać plagami, gnębiącymi społeczeństwa. To choroby cywilizacyjne – nowotwory, schorzenia kardiologiczne, neurodegeneracyjne, cukrzyca… One też zabijają!

Dziękuję za rozmowę

Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

NOWOŚĆ! Pandemia.Dzieje Zarazy.

Zajmuje się Pan tematyką kryminalną - jako dziennikarz i autor książek oraz jako założyciel i prezes fundacji Na Tropie, której celem jest wsparcie policji i rodzin  w poszukiwaniach osób zaginionych oraz niesienie pomocy ofiarom przestępstw. Co Pana zainspirowało do założenia fundacji?

 

To było przy okazji  sprawy Iwony Wieczorek, którą zresztą dość późno się zainteresowałem bo dopiero w 2013 roku. Badając tę sprawę zauważyłem, że  bliscy zaginionej 19-latki  pozostali bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony policji czy też innych służb. Natomiast stali się obiektem zainteresowania osób, które na tej sprawie chciały zarobić, różnego rodzaju szarlatanów oraz detektywów. Później zwróciłem uwagę na inne podobne sprawy związane z zaginięciami, które trafiały do mojej redakcji magazynu „Reporter”, i tam również ten schemat się powtarzał: rodziny zaginionych były zdane właściwie tylko na siebie, nie było nikogo, kto chciałby ich wesprzeć. Pomyślałem, że warto byłoby stworzyć organizację, która będzie pomagać czynnie w przypadku zaginięcia i wspierać rodziny zaginionych oraz ofiary tego typu przestępstw. Tak zrodziła się idea Fundacji Na Tropie.


Fundacja zajmowała się wieloma sprawami, w tym zaginięciami Iwony Wieczorek i Ewy Tylman. Czy może się Pan podzielić jakąś ogólną refleksją na temat działań policji i prokuratury w przypadku tych  zaginięć?

Według mnie w obu w tych przypadkach śledztwa były prowadzone tak, aby nigdy się nie wyjaśniły. Aby prawda o tym co się stało, nie dotarła do opinii społecznej. Na szczęście nie do końca to się udało i być może wkrótce poznamy prawdę o obu tych niewyjaśnionych do końca sprawach.

 

Jakie poszukiwania prowadzą Państwo obecnie?

Jest ich bardzo wiele. Zajmujemy się zwykle sprawami beznadziejnymi, to znaczy takimi które wydarzyły się przed wieloma laty i trudno dotrzeć do jakichkolwiek śladów. Tych spraw jest dużo,  między innymi zaginięcie w 1997 roku 10-letniej  Andżeliki Rutkowskiej  czy Marzeny Cichockiej -  zaginionej dwa lata później 22-letniej mieszkanki Sochaczewa. Od kilku tygodni szukamy także szczątków Joanny Gibner, 23-latki, która została zamordowana i utopiona przez męża w 1996 roku w jeziorze pod Olsztynem. Pracujemy też nad sprawą Dominiki Paćkowskiej, 17-latki z Płocka, która wyszła z domu w Wielki Piątek 2015 roku i prawdopodobnie utopiła się w Wiśle. Zajmujemy się także zaginięciem Kingi Kozak, która zniknęła w sierpniu ubiegłego roku, a dzień po tym jej mąż popełnił samobójstwo. Takich spraw jest dużo więcej, jako że nasi wolontariusze, których mamy we wszystkich regionach Polski, prowadzą wiele z nich we własnym zakresie, jak choćby sprawę Adriana Dudka, zaginionego w grudniu ubiegłego roku rapera z Brodnicy.

 

Pana aktywność jako prezesa Fundacji i dziennikarza wymaga nawiązywania relacji z rodzinami ofiar, ogarniętymi rozpaczą, bezradnymi w obliczu nieszczęścia, samotnymi. Jak udaje się Panu udźwignąć bezmiar nieszczęścia?

Rozmowy z bliskimi zaginionych, to jest najtrudniejsze w tej pracy. Pozostają one na długo w mojej pamięci. W ich czasie muszę bowiem, mimo rozpaczy bliskich zaginionej osoby, wydobyć z nich jak najwięcej informacji. Często są to bardzo intymne wiadomości. Staram się też pocieszyć, wesprzeć słowem, bo jest to bardzo istotne dla tych osób. Niestety, niekiedy są też takie sytuacje, że muszę odmówić pomocy, gdyż nie jestem w stanie podjąć się jakiegoś określonego zadania.  To są dla nas najbardziej bolesne chwile, gdy nie możemy pomóc.  Ostatnio zwróciła się do nas o pomoc mama Bruno Muschalika, studenta z Karkowa, zaginionego w Indiach. Niestety, nie posiadamy ani środków, ani jakichkolwiek możliwości, żeby podjąć działania w tamtym rejonie. Właśnie najtrudniej jest mi odmawiać pomocy.

 

Kontaktuje się Pan również z potencjalnymi sprawcami lub ich otoczeniem. Jakie emocje Panu towarzyszą?

Ja nie kieruję się w tej mojej aktywności  emocjami. Staram się dotrzeć do prawdy, a emocje temu nie sprzyjają. Niekiedy dzięki temu udaje mi się nakłonić do zwierzeń nawet najbardziej zdeklarowanych przestępców, co niekiedy pomaga rozwikłać jakąś sprawę.

 

Miał Pan kiedyś poczucie, że może być Pan sam poważnie zagrożony, bo za bardzo zbliżył się Pan do prawdy, staje na drodze czyimś interesom. Musi Pan radzić sobie z naciskami i groźbami?

W ostatnich latach zdarza to się coraz rzadziej. Chociaż miałem przypadek, ze zabito mi psa i wiem, że zrobili to przestępcy po moich publikacjach. Sporo takich zdarzeń miałem w latach 90. Zajmowałem się między innymi ludźmi, którzy prawdopodobnie stoją za zabójstwem Jarosława Ziętary. Ja miałem więcej szczęścia, gdyż zniszczono mi tylko samochód. Podejmując się takiej działalności trzeba liczyć się z tym, że nie wszystkim będzie ona na rękę. Ja to biorę pod uwagę i zachowuję odpowiednie środki bezpieczeństwa.

Fundacja działa od 2016 roku, ale w dziennikarstwie śledczym specjalizuje się Pan od wielu lat. Co dla Pana jako dziennikarza śledczego jest najważniejsze? Prawda, wydarzenia, adrenalina, a może człowiek... Innymi słowy, co powoduje, że zaczyna Pan zgłębiać jakąś sprawę?

 

Najważniejsi są dla mnie ludzie, ich tragedie, dramaty i potrzeba, którą w sobie mam od zawsze, aby pomagać słabszym, skrzywdzonym, ofiarom przestępstw. To powoduje, że zajmuje się taką a nie inną tematyką.

 

Jest Pan pasjonatem pracy dziennikarskiej, ale to nie pasja sprawia, że jest Pan skuteczny. Co Pana motywuje? Jak Pan pracuje?

Tak jak powiedziałem wcześniej, motywuje mnie chęć pomocy ludziom. Zwłaszcza tym, którym nikt inny nie chce lub nie potrafi pomóc. O tym jak pracuję długo, by można opowiadać, ale niech to pozostanie moją tajemnicą.

 

Redaguje Pan magazyn Reporter, na którego łamach są publikowane przede wszystkim reportaże kryminalne, a w ostatnich miesiącach nakładem Wydawnictwa Harde ukazały się książki Pana autorstwa: "Byłam dziewczyną mafii", "Masa Jak stałem się bestią. Od pakera do gangstera", "Co się stało z Iwoną Wieczorek", "Komando śmierci" i wreszcie ostatnio - "Urwane ślady". Jaki cel Panu przyświeca?

 

Precyzując, książki ukazały się nie w ciągu ostatnich miesięcy a ostatniego roku. Pierwsza była w czerwcu zeszłego roku, a ostatnia „Urwane ślady” w czerwcu tego roku.  Nie piszę ich jednak z miesiąca na miesiąc, często są to materiały zbierane latami. O pisaniu książek myślałem w zasadzie przez całe życie. Jednak nigdy nie miałem na to czasu, teraz mam go jeszcze mniej, mimo to bardzo mnie to zajęcie zaabsorbowało. Książki, które do tej pory się ukazały,  to są reportaże, tylko dłuższe. Całe życie zajmowałem się reportażem i gdy w pewnym momencie pojawiła się propozycja, aby to moje pisanie reporterskie zamknąć w ramach książek, to przyjąłem to niemal entuzjastycznie.  Reportaże ukazujące się w mediach żyją dość krótko, podobnie jak opisane w nich sprawy. W przypadku książek życie tych historii nabiera innego wymiaru, przedłuża się, zostaje zachowane na lata.

 

Czy wierzy Pan, że książki mogą się przyczynić do odkrycia prawdy?

Oczywiście, zwłaszcza książki reporterskie, z beletrystykę bywa już różnie. To co ja robię, czy to w reportażach gazetowych czy w książkach, ma za cel dotarcie do prawdy. I myślę, że mi się to udaje.

 

„Urwane ślady" poświęcone są wybranym zaginięciom, i tym medialnym, i tym o których świat zapomniał. Według jakiego klucza dobierał Pan sprawy?

Wybierałem sprawy niewyjaśnione, z którymi w jakiś sposób jestem związany emocjonalnie. Nie tylko te głośne, ale również mniej znane, czy też całkowicie zapomniane. W początkowej wersji miałem wybranych około 30 historii. Niestety z ponad połowy musiałem zrezygnować, gdyż książka miałaby wówczas co najmniej dwukrotnie taką objętość jak obecnie. Myślę jednak, że wrócę do nich za rok w drugim tomie „Urwanych śladów”.

 

Które z nich mają szansę na rozwikłanie, a który być może nigdy nie znajdą rozwiązania?

Chciałbym, by wszystkie udało się rozwiązać.

 

Które z tematów,  które Pan badał są dla Pana najważniejsze? Do których Pan wraca?

Wszystkie są dla mnie ważne i do wszystkich będę wracał. Nad  większością z tych spraw pracujemy cały czas jako fundacja.

 

Pracuje Pan nad kolejną książką dla Wydawnictwa Harde. Czemu będzie poświęcona?

 Pracuję nawet nad kilkoma książkami. Dla Wydawnictwo Harde przygotowuje kolejny tom z cyklu „Śledztwa Szostaka”, zatytułowany  „Gangsterskie egzekucje”. Jest to książka, w której staram się wyjaśnić kilkadziesiąt głośnych i mniej  znanych niewyjaśnionych do dzisiaj egzekucji mafijnych. Myślę, że mi się to udało. Ta książka na pewno wywołała poruszenie nie tylko w świecie gangsterskim, ale także wśród śledczych, bowiem w wielu sprawach popełniono żenujące błędy, a zbrodnie te dawno powinny być  wyjaśnione.

 

Od kilku miesięcy pracuję również nad najważniejszą dla mnie książką, na właściwie z sagą zatytułowaną „Reporter”. W moim zamierzeniu ma to być polski  odpowiednik „Millenium” Stiega Larsena.  Moim zamysłem jest  połączenie fikcji literackiej z autentycznymi historiami kryminalnymi, których echa pamiętamy niemal wszyscy. To prawdziwe, mocne historie, napisane w konwencji  thrillera, z trzymającą cały czas w  napięciu fabułą. Myślę, że tę serię  będzie można czytać na kilku płaszczyznach. Nie tylko jako mroczne kryminały. To także  historie pełne prawdziwych ludzi i zdarzeń, których  tajemnice stara się  rozwikłać główny bohater. To połączenie reportażu z powieścią kryminalną. Moim zdaniem to będzie zupełnie nowa formuła literacka. Mam nadzieje, że znajdę wydawcę i ta książka ukaże się jeszcze w tym roku.

 

Dziękuję serdecznie.

Również dziękuję.

Rozmawiała Magda Kaczyńska

PHOTO : TOMASZ GOLLA / SUPER EXPRESS WROCLAW SPOTKANIE CZYTELNIKOW Z PISARZEM JANUSZEM SZOSTAKIEM W CENTRUM RENOMA 11/03/2020 SZOSTAK JANUSZ SLOWIK PISARZ KSIAZKA SPOTKANIE EMPIK RENOMA WSZYSTKIE ZDJECIA NA WWW.AGENCJA.SE.COM.PL

Materiał wydawnictwa Harde.

Janusz Szostak- rozmowa

Zaglądanie do alkowy, kuchni i portfela noblistów sprawi, że  więcej ludzi zainteresuje się tym, co najważniejsze z punktu widzenia literatury czy nauki uważa Sławomir Koper. W  książce  ”Nobliści skandaliści”, wydanej przez Wydawnictwo Harde, ten bestsellerowy autor opowiada o polskich laureatach Nagrody Nobla. Nie koncentruje się jednak na ich osiągnięciach naukowych czy literackich, lecz przedstawia ich życie codzienne. Związki miłosne, zdrady, potknięcia, rodzinne dramaty. Dzięki temu polscy nobliści schodzą z pomników i kart podręczników. Zyskują życie.

 

We wstępie wspomina Pan, że zawsze chciał napisać książkę o życiu prywatnym polskich noblistów. Co daje - poza zaspokojeniem ciekawości – nie podręcznikowa wiedza o wybitnych postaciach?

Przede wszystkim daje prawdziwy wizerunek osoby, którą zna się tylko z podręczników. Bez stawiania na pomniki, bez posypywania „dydaktycznym lukrem”. To przecież byli normalni ludzie, a jak ich tak przedstawimy, tylko zyskają na autentyczności i staną się bardziej zrozumiali.

Pominął Pan w książce postać Lecha Wałęsy, laureata Pokojowej Nagrody Nobla. Dlaczego?

Każdy tekst o Lechu Wałęsie ma obecnie podtekst polityczny. A ja polityki nienawidzę i staram się jej unikać. Poza tym o Wałęsie prywatnie już dużo pisali Piotr Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz, a do tego jeszcze opublikowała swoje wspomnienia Danuta Wałęsowa. Nic nowego bym nie dodał, nie warto zatem powtarzać po innych.

Chwalimy się siedmioma Noblami, ale noblistów posiadających obywatelstwo polskie, którzy zdobyli wykształcenie w naszym kraju i posługiwali się językiem polskim było więcej. Dlaczego o nich w Polsce nie mówimy?

Zadecydowały względy polityczne z czasów PRL, a potem o nich zapomniano. Duży wpływ miało też ich pochodzenie, z reguły byli narodowości żydowskiej. Ale uznałem, ze jeden z nich, Józef Rotblat wart jest większej uwagi. Dlatego poświęciłem mu epilog, który rozrósł się do pełnoprawnych rozmiarów rozdziału.

Skupił się Pan na historii jednego spośród tych ,,12 zapomnianych”. Co Pana tak bardzo zainteresowało w postaci Józefa Rotblata?

Może dlatego, że do końca życia pięknie mówił po polsku, bez śladu akcentu ?

Maria Skłodowska-Curie to jedyna kobieta w historii Nagrody Nobla, która dwukrotnie otrzymała tę nagrodę (z chemii i fizyki). Albert Einstein skupiał się jednak nie tylko na jej genialnym umyśle. Mówił o niej: „Tyle erotyzmu nie widziałem w oczach żadnej kobiety”. Jaką była kobietą?

Nieszczęśliwą przede wszystkim. Kochała głównie naukę, a jej mąż, Piotr podobnie. Bardzo źle, że zginął w wypadku, byli dla siebie stworzeni.

Romans z Paulem Langevinem omal nie pozbawił jej drugiego Nobla. Uważała, iż ma prawo do osobistego szczęścia, realizacji pasji, życia według swoich reguł?

Każdy ma prawo do osobistego szczęścia. Szukała go w ramionach Langevina, szkoda, że on okazał się słabym mężczyzną. Jaki normalny facet będzie tolerował, że żona dyscyplinuje go za pomocą metalowego krzesła? A do tego jeszcze w ten sam sposób teściowa i szwagierka? A on nie tylko nie potrafił spacyfikować sytuacji, ale nawet nie wyrzucił tego nieszczęsnego krzesła z domu… Ale Marię fascynował jego mózg, był bowiem genialnym naukowcem. I do tego przystojnym mężczyzną….

Jaką była matką? Podobno jej relacje z córką Ewą, która nie podzielała naukowych pasji rodziny, były skomplikowane?

Chyba oczekiwała od swoich córek zbyt wiele. Zresztą starsza realizowała się w nauce, ale młodsza wybrała inna ścieżkę życia. Maria długo nie potrafiła tego zaaprobować, inna sprawa, że raczej nie była najlepszą matką. Raczej mało czułą, dla niej faktycznie nauka i badania były najważniejsze. 

Matka Henryka Sienkiewicza starała się wyperswadować przyszłemu nobliście pierwsze literackie próby, mówiąc: ,,Kraszewskim przecież nie będziesz. I z pióra nie wyżyjesz”. Nie miała racji, prawda?

Cóż, matki nie zawsze właściwie oceniają swoich potomków. Zachowując właściwe proporcje, moja też nie wierzyła, że zostanę pisarzem i będę żył z pióra ?

Poza Heleną Modrzejewską w życiu Sienkiewicza było pięć kobiet, każda o imieniu Maria. Trzy razy był żonaty. Za każdym razem z Marią. Jego drugie małżeństwo wywołało gigantyczny skandal. Dlaczego?

Zawiniło kilka czynników. Przede wszystkim fatalna teściowa, Helena Wołodkowiczowa. To była straszna kobieta. Do tego wybranka Sienkiewicza, młodsza od niego o 27 lat była całkowicie podporządkowana swojej groźnej opiekunce. Na domiar złego pisarz był podczas ślubu i podróży poślubnej chory i nie potrafił skonsumować małżeństwa. Jak przystało na rasowego faceta bardzo się z tego powodu stresował, zamiast spokojnie poddać się terapii. A gdy usłyszał, ze teściowa oskarża go impotencję, stracił kompletnie kontrolę nad sobą. No i nic z tego nie wyszło, małżeństwo zostało unieważnione. A, że teściowa nie należała do osób dyskretnych, to wybuchł gigantyczny skandal. Sienkiewicz należał bowiem już wówczas do cele brytów swojej epoki….

Był członkiem honorowym Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów. Jeździł na rowerze?

Tak i raz z tego powodu poważnie rozbił sobie głowę. Później już unikał tego rodzaju eskapad.

Droga Władysława Reymonta do Nobla była kręta… Miał być organistą jak ojciec. Ukończył krawiecki kurs czeladniczy, ale krawcem nie został. Występował w wędrownej trupie aktorskiej, pracował jako dozorca, robotnik kolejowy… Niespokojny duch?

Raczej szukał swojego miejsca na świecie. A przy okazji sposobu na zarabianie na życie.

Interesował się spirytyzmem...

Nie był w tym odosobniony, taka była epoka. Wszyscy wierzyli w duchy, ektoplazmę i tego rodzaju fenomeny. Marszałek Piłsudski także udział w seansach spirytystycznych i nikt się temu nie dziwił. A przecież Komendant uchodził za realistę twardo stąpającym po ziemi.

Można powiedzieć, że szczęście uśmiechnęło się do Reymonta dwa razy. Kiedy dostał nagrodę Nobla, wygrywając z Tomaszem Mannem, i wcześniej - gdy ranny w katastrofie kolejowej otrzymał odszkodowanie. To wydarzenie zmieniło jego życie?

Wyłudził ogromne odszkodowanie fałszując dokumenty. Ale dzięki temu mógł poświęcić się wyłącznie pracy literackiej. A skoro dzięki temu powstały takie arcydzieła jak „Chłopi”, to czy można go potępiać?

Podobno był miernej urody i równie mało interesującej aparycji. Jak układały się jego relacje z kobietami?

Cóż, talent literacki jest potężnym afrodyzjakiem. Chyba tylko muzycy mają większy. Reymont nie narzekał na brak powodzenia…

,,Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy / I ciemną słodycz kobiecego ciała. / Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie (…).” Pochwała zmysłowej urody świata z wiersza innego noblisty – Czesława Miłosza. Miłosz kochał żyć?

Jak najbardziej. A do tego najwyżej cenił wódkę i kobiety.

Środowisko literackiej przedwojennej Warszawy uważało Miłosza – co jak mówił poeta, go poniżało - za chłopczyka Iwaszkiewicza. Jak układała się relacja tych dwóch wielkich przedstawicieli polskiej literatury?

Podobno młodzi literaci w przedwojennej Warszawie mieli dwie drogi kariery. Jedna wiodła przez łóżko Nałkowskiej, druga przez posłanie Iwaszkiewicza. Miłosz wybrał tą drugą możliwość, tak przynajmniej można wywnioskować z dzienników skamandryty. Trzydzieści lat później wspominał, że w pewną majową noc w Wilnie „chędożył Czesia Miłosza”. Pan Jarosław w swoich „Dziennikach” raczej nie konfabulował. Inna sprawa, ze miał do wybory wówczas jeszcze Putramenta, ale Miłosza uznał za przystojniejszego, a poza tym obdarzonego większym talentem

 

Poeta pisał też o pierwszej żonie Janinie: ,,Kochałem ją, nie wiedząc, kim była naprawdę. / Zadawałem jej ból, goniąc za moją ułudą. / Zdradzałem ją z kobietami, jej jednej wierny. / Zaznaliśmy wiele szczęścia i wiele nieszczęścia.”. Pięknie i czule. Zachowywał się wobec niej zawsze pięknie i czule?

Raczej nie. Zostawił ją z dwójką małych dzieci w USA, a sam romansował we Francji. Fakt, nie mógł dostać wizy, ale jednak. A potem w Berkeley, gdy Janina chorowała, miał sporo romansów ze studentkami. Poza tym koncentrował się na pisaniu i nawet takie rzeczy jak wymiana oleju w samochodzie były na jej głowie. A przecież była osobą utalentowaną, inteligentną, jednak całkowicie poświęciła się rodzinie.

 

Wisławy Szymborskiej nie da się nie lubić. Skąd się to bierze?

Zawsze była sobą z ogromnym dystansem do własnej osoby. I to jej poczucie humoru…

 Adam Zagajewski mówił, że „(…) w sposób niezmiernie silny była sobą; nie dało się jej pomylić z nikim innym”. Jak Pan to rozumie?

Nic dodać, nic ująć. Po prostu szczera prawda.

 

Mężczyźni Wisławy Szymborskiej. Ten pierwszy – Adam Włodek, i ten drugi, najważniejszy w jej życiu - Kornel Filipowicz. Jakie to były miłości?

Wielkie, ale każda inna. Pierwsza zakończyła się rozwodem, chociaż pozostali w dobrych stosunkach,. To jednak była klasa obojga. Natomiast Kornel był miłością dojrzałą, największą, dlatego byli ze sobą przez wiele lat, aż do jego śmierci. Ale nigdy nie zamieszkali razem, być może dlatego ta miłość przetrwała…

 

Sądzi Pan, że zaglądanie do alkowy, kuchni i portfela noblistów, sprawi, że więcej ludzi zainteresuje się tym, co najważniejsze z punktu widzenia literatury czy nauki?

Mam wrażenie, że tak. Miałem już takie sygnały, że po moich książkach wypożyczano pamiętniki czy dzienniki z których korzystałem. I to jest najważniejsze, ja przecież chcę być tylko popularyzatorem historii, którą naprawdę uwielbiam…

 


Rozmawiała Magda Kaczyńska

Materiał wydawnictwa Harde

Sławomir Koper o polskich noblistach. Rozmowa

 

Rozmawiam z  autorką powieści „Basen”, która ukaże się 29 stycznia tego roku nakładem Wydawnictwa Harde. Joanna Kocik  jest dziennikarką, redaktorką, wydawcą serwisów informacyjnych. Debiutowała w wieku 15 lat tomikiem poetyckim „Wypatruję samej siebie”. W jej literackim portfolio jest również tom wierszy ,,Kocie skórki". W pisarskim duecie
z Karoliną Deling wydała zbiór  „5 minut, czyli 23 opowiadania dla zabieganych”, zakwalifikowany do Nagrody Angelus 2019. Prowadzi podróżniczego bloga
„Jedziemy do...”.

 

„Basen” to pierwsza powieść w Pani dorobku. Czy jest to kolejny krok na literackiej drodze, czy też odskocznia od mniejszych form?

Powieść „siedziała” we mnie już od dłuższego czasu. Dla mnie jest pewnym naturalnym krokiem po krótszych formach - wierszach, a potem opowiadaniach. Tak naprawdę pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że mam nie tylko pomysł na powieść, ale też wszelkie środki warsztatowe potrzebne do jej napisania. Brakowało mi tylko jednego - czasu. Ale któregoś dnia usiadłam i napisałam pierwsze zdanie. Myślę, że teraz chciałabym skupić się na dłuższej formie, ale nie chcę całkowicie rezygnować z poezji czy opowiadań. Nie chciałabym zamykać się tylko w jednym pudełku.

Czyta Pani kryminały? Ma Pani swoich ulubionych autorów?

Czytam, ale przyznam, że to nie jest mój ulubiony gatunek. Zresztą, nie jestem zwolenniczką ścisłego podziału gatunkowego książek. Lubię powieści z wątkiem tajemnicy, w stylu „Wielkich kłamstewek” Liane Moriarty, niekoniecznie muszą to być „rasowe” kryminały. Uwielbiam książki Donny Tartt, a z polskich autorów chyba najbliżej mi do wrażliwości Joanny Bator i Zygmunta Miłoszewskiego. Bardzo lubię też twórczość Jakuba Żulczyka, Szczepana Twardocha, uwielbiam reportaże… Mogłabym długo wymieniać.

Pani książka rozpoczyna się od zagadkowej śmierci, kończy  rozwiązaniem zagadki.  „Basen” to kryminał  czy też wątek kryminalny jest tu jedynie pretekstem?

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to klasyczny kryminał. Bardziej zależało mi na opisaniu relacji i psychologii postaci niż na schemacie kryminału. Ale, tak jak powiedziałam, nie chcę zbyt sztywno podchodzić do kwestii gatunków literackich. Mamy tendencję do ich porządkowania, wręcz szufladkowania, wpasowania się w ramy. Mówiła o tym zresztą
w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk - dziś umiejętność powielania schematu uważa się za bardzo wartościową. Ja niekoniecznie chcę iść tą drogą.

Znaleziona martwa  w tytułowym basenie Monika Kasperowicz była córką ambasadora,  lubiącą szokować gwiazdą Instagrama, a więc przebiegiem policyjnego śledztwa  żywo są zainteresowane media. Zna Pani ten świat?

Pracuję w mediach od ponad dziesięciu lat i obserwuję, jak bardzo Instagram zmienił podejście gwiazd do „tradycyjnych” mediów i na odwrót. Wszystko jest dziś publiczne. Dziś nawet informacja o czyjejś śmierci od razu trafia do mediów społecznościowych
 i w mgnieniu oka wszyscy mają do niej dostęp. Dlatego rywalizacja o to, kto będzie pierwszy z newsem, stała się wyjątkowo zażarta. Tragedie to bardzo klikalne tematy, a granice - jeśli jakiekolwiek istniały - dawno już zostały przekroczone.

Z drugiej strony, wielu z nas - w tym ja - jest w jakiś sposób uzależnionych od social mediów. Zdarzało mi się zaczynać dzień przeglądem Instagrama i… czasem spędzałam na tym scrollowaniu parę godzin. I niby wszyscy wiemy, że instagramowe życie jest polukrowane, wygładzone i nie do końca prawdziwe, ale dalej wierzymy w ten obrazek. W ludzi doskonałych.

 

Wśród przyjaciółek Moniki jest prawniczka, influencerka, właścicielka agencji PR… Inspirowały Panią osoby z własnego otoczenia?

Skłamałabym, gdybym zaprzeczyła. To dosyć naturalne. Większość postaci jest jakąś „wypadkową”, nosi w sobie cechy co najmniej kilku osób, nie jest kopią 1:1. Choć są i takie, które istnieją od początku do końca tylko w mojej głowie.

Większość bohaterów „Basenu” pożąda medialnej popularności. Za pozorami szczęścia ukrywa jednak niespełnienie, zagubienie, samotność.  Słodko-gorzka wydaje się ta rzeczywistość współczesnych  trzydziestolatków w Pani książce…

Bo taka jest. Wychowano nas w przeświadczeniu, że studia dadzą nam spełnienie i życiową stabilizację. Tymczasem wielu z nas pracuje latami na śmieciowych umowach, a o własnym mieszkaniu może co najwyżej pomarzyć. Większości z moich znajomych długo pomagali rodzice. Nie satysfakcjonuje nas ani praca w korporacji, ani „home office” na odległej wyspie. Stąd często zmieniamy pracę, wyjeżdżamy za granicę, by wrócić, wiążemy się i rozstajemy. Szukamy sposobu na życie. Proszę nie zrozumieć mnie źle - ja mogę powiedzieć, że mam wspaniałe życie, ale długo nie mogłam znaleźć swojego miejsca. A samotność - zwłaszcza

w dużym mieście, jak Warszawa - potrafi być bardzo dotkliwa i to mimo obecności wielu osób wokół. O tym zresztą napisano już całe tomy.

Żyjemy w dwóch światach: realnym i wirtualnym, balansując na  granicy między prawdą a fikcją?

Myślę, że tej granicy dawno już nie ma. W realnym życiu chcemy być własnym zdjęciem

z Instagrama. Ja nauczyłam się jakiś czas temu odkładać telefon i wyłączać się, bo ciągłe szlifowanie lepszej wersji samego siebie i porównywanie się z innymi może wyrządzić dużą krzywdę. Sprawia, że ja czuję się od razu mniej szczęśliwa, mniej zadowolona z siebie. Nadal spędzam w Internecie dużo czasu, ale staram się też wyłączać, żyć, doświadczać, spotykać się z ludźmi, obcować z przyrodą, bez relacjonowania tego online.

Lubi Pani swoich bohaterów?

Czasem lubię, czasem im współczuję, czasem mnie denerwują. Bywa, że robią, co chcą. Mówią, co chcą, a ja tylko zapisuję ich słowa. To wcale nie jest żart - czasem pisarz pisze książkę, a czasem książka pisze pisarza. To są fajne momenty. Można sobie założyć, że bohater zrobi to czy tamto, tymczasem dzieje się zupełnie inaczej.

Wszystkie relacje przedstawione w książce, i te przyjacielskie, i te zawodowe są skomplikowane. Każdy tu chce coś ugrać…

Zależało mi, by pokazać złożoność relacji. W książce skupiają się one jak w soczewce, ale w realnym życiu często wiążą nas z kimś niejednoznaczne stosunki. To tak jak na firmowej imprezie: głównie się na niej plotkuje.

 Dla mnie relacje są bardzo ważne. Determinują w dużym stopniu nasze życie. Staram się, by były dobre, bo ja ogólnie uwielbiam ludzi, uwielbiam rozmowy z nimi. Zdarzały się jednak także relacje „toksyczne”. No i bywa też, że nie ma się z kimś „przelotu”, a trzeba razem na przykład pracować. Albo się kogoś nie lubi, ale utrzymywanie znajomości z jakiegoś powodu się „opłaca”. To dla mnie fascynujący temat.

I każdy z bohaterów „Basenu” ma jakąś tajemnicę. Choćby mąż Moniki, hazardzista i bankrut Rémy, i jej najbliższa przyjaciółka Magda…

Nie chcę uogólniać, ale w zasadzie pewnie każdy z nas ma jakąś tajemnicę. Autor książki ma tę przewagę, że tajemnice swoich bohaterów zna.

 

Akcja meandruje i kiedy po raz kolejny wydaje się nam, że znamy nazwisko mordercy, zmienia kierunek aż do niespodziewanego zakończenia…

Chciałam podrzucić trochę fałszywych tropów. Ale nie uprzedzajmy, nie odbierajmy czytelnikom tej przyjemności.

Wodzi Pani czytelnika za nos. Jak rasowy autor kryminałów:)

Dziękuję, mam nadzieję, że czytelnicy się nie zawiodą :)

Rozpoczynając pracę nad książką, wiedziała Pani,  jak historia się potoczy? Czy może stery przejęli bohaterowie?

 Miałam oczywiście szkielet historii, ale w trakcie pisania zdarzyło się kilka niespodzianek. Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć, bo pisanie to czynność bardzo intymna, osobista, każdy autor doświadcza jej w inny sposób. W mojej głowie kilkakrotnie zrodziły się sceny, których pierwotnie miało nie być. I już z głowy - i z książki - nie chciały wyjść. Wiem, że teraz zabrzmi to banalnie, ale uwielbiam ten dreszczyk emocji - oddanie się trochę w ręce historii

i bohaterów. Nie trzymam się kurczowo scenariusza czy konspektu. Zawsze idę trochę na żywioł.

Skąd pomysł na śmierć w basenie?

To był obraz, który przyszedł do mnie któregoś dnia i już ze mną został. Nie potrafię powiedzieć, skąd dokładnie się wziął. To są chwile, słowa, od których historia bierze początek. Pewien nadprzyrodzony pierwiastek. Taka mała tajemnica twórcy.

Zastanawiam się po prostu, czy tytułowy basen to tylko basen:), czy też należy nadać mu jakieś dodatkowe znaczenia.

Czasem najpierw jest tytuł, a potem cała reszta. W tym przypadku było odwrotnie - mogę zdradzić, że rozważałam kilka innych tytułów, wygrał ostatecznie  „Basen”.

Jest Pani zapowiadana jako nowa królowa współczesnej polskiej powieści. Tytuł onieśmiela, czy mobilizuje?

To już ocenią czytelnicy. Zostawiam wszystko w ich rękach.

Rozmawiała Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

Basen kryminał, który warto przeczytać. Rozmowa z Joanną Kocik.

Wywiad Marta Orzeszyną autorką książki „Gra o miłość”

Pani Marto, pretekstem do naszej rozmowy jest niedawna premiera pani powieści Gra o miłość. Jest to Pani pierwsza powieść, ale nie pierwsza książka.

- To prawda. Jestem współautorką albumu Paryż miasto sztuki i miłości w czasach belle époque oraz autorką biografii Antoine’a de Paris, genialnego fryzjera pochodzącego z Polski, twórcy fryzury „na chłopczycę Antoine Cierplikowski, król fryzjerów, fryzjer królów.

Wszystkie trzy Pani książki, choć zupełnie różne, mają wspólny mianownik. Jest nim Paryż. To ważne miasto w Pani życiu?

Najważniejsze. Marzyłam o nim od dzieciństwa. Chciałam tam mieszkać i w końcu dopięłam swego. Przez dziesięć lat Paryż był moim domem. I dał mi wszystko, co dla mnie cenne. Niezależność, rodzinę, wiedzę.

Ale teraz mieszka Pani w Polsce?

- Tak. Wróciłam kilka lat temu z powodów osobistych, ale cały czas noszę Paryż w sercu. Moje książki czy artykuły, które piszę dla L’Officiel Polska, zawsze są związane ze stolicą Francji. To mój sposób na tęsknotę, która na co dzień jest wciąż obecna. Pisząc o Paryżu, najpierw wracam tam wspomnieniami i wyobraźnią, widzę to, co opisuję.

W Grze o miłość, historii wieloletniego i skomplikowanego związku Martyny i Léo, Polki i Francuza, Paryż nie jest jedynie tłem wydarzeń. Jest jednym z głównych bohaterów. Nawet w pewnym sensie rywalem. Pani sposób opisywania tego miasta jest szczególny, bo czuje się naprawdę, że zna je Pani doskonale.

- Nie było to trudne. Opisywałam miejsca, które były moją codziennością przez wiele lat. Chodziłam tymi ulicami, mieszkałam w tych miejscach, piłam kawę w tych kawiarniach. Oddałam mój Paryż moim bohaterom i dzięki temu książka na pewno nabrała autentyczności. Cieszę się, jeśli czytelnik to dostrzega. Nie potrafiłabym równie dobrze opisać miasta, którego nie znam, nawet robiąc drobiazgową kwerendę.

Świeżym akcentem jest też Kraj Basków, mało znany region Francji, który przedstawiłam Pani tak, że chce się tam od razu jechać.

- Cieszę się z takiego efektu! W Baskonii spędzałam przez lata każde wakacje. To naprawdę wyjątkowo klimatyczne okolice. Z duszą i z charakterem, bardziej dzikie, niepokorne. Ocean i Pireneje w zasięgu ręki. Piękne krajobrazy, świetne jedzenie i bardzo gościnni ludzie. Dawno już tam nie byłam, ale mam nadzieję, że uda mi się wkrótce pokazać Baskonię moim synom.

Pani książka zachęca nie tylko do podróży, ale również do jedzenia. Bardzo obrazowo pisze też pani o kuchni francuskiej.

- Wydaje mi się, że nie da się pisać o Francji, pomijając ten temat. Bardzo lubię tamtejszą celebrację posiłków, ich jedzenie dla przyjemności, degustowanie, dyskusje nad smakiem potraw czy wina. Do swojego domu przeniosłam wiele zwyczajów. Prostotę, lekkość, przystawki, sałaty. Całą tę radość towarzyszącą wspólnym posiłkom. I savoir-vivre, który początkowo wydawał mi się przesadzony, na pokaz, ale potem zrozumiałam jego sens. Po prostu znacznie ułatwia relacje międzyludzkie. Może miałam szczęście, ale nie spotkałam we Francji matki, która musiałaby przypominać swojemu dziecku, że należy powiedzieć dzień dobry, proszę czy dziękuję. To automatyzmy, z którymi chyba się już rodzą.

Martyna i Léo poznali się mając siedemnaście lat na międzynarodowej wymianie. Ich młodzieńcze uczucie nie skończyło się mimo rozstania, ale przez wiele lat nie mogli stworzyć szczęśliwego związku. Miłość w zderzeniu z rzeczywistością okazała się zbyt słaba?

- Martyna, Aśka i Wanda miały swoje nastoletnie marzenia jak wszystkie dziewczęta w ich wieku. Marzyły o tym jedynym. Ale marzyły też o wyrwaniu się z prowincji, o niezależności, o poznawaniu świata. Życie zweryfikowało niektóre z tych pragnień. Mniej lub bardziej boleśnie. Martyna nie potrafiła pogodzić swoich ambicji z karierą Léo. Ona marzyła o życiu w Paryżu, on stawał się coraz bardziej sławny, a specyfika jego pracy kierowała go za granicę, w światła reflektorów.

Specyfika jego pracy, czyli fakt, że Léo to zawodowy piłkarz, zdolny, przystojny, rozrywany towarzysko i wszechobecny w mediach…

- Moja bohaterka nie potrafi odnaleźć się w tym świecie. Kocha go, są chwile, że chce zapomnieć o sobie, żeby stworzyć rodzinę, o której marzy Léo. Ale okoliczność nie sprzyjają ich związkowi. Nieporozumienia, zła wola, wzajemne pretensje sprawiają, że ich drogi się rozchodzą. Wydaje się, że nastoletnia miłość wywietrzała im z głowy. Uczuć nie da się jednak tak łatwo kontrolować. Powracają w najmniej oczekiwanym momencie.

To, że bohater jest piłkarzem, to nie przypadek, bo Pani zainteresowania nie są skoncentrowane wokół tematów paryskich i francuskich.

- Oczywiście, że nie! Sport jest obecny w moim życiu dzięki mojemu tacie, który był trenerem piłki nożnej i siatkówki. Dorastałam w domu, gdzie o sporcie się dyskutowało, gdzie wspólnie oglądało się mecze, lekkoatletykę czy walki bokserskie. Pies mojego dziadka wabił się Klaj (Cassius Clay (Mohammad Ali) – amerykański bokser), dziadek współtworzył lokalny klub sportowy, tato grał w nogę, podobnie jak moi wujkowie i kuzyni. Siostra była siatkarką, całkiem dobrze grała w tenisa. Ponieważ mam trzech synów, w tym dwóch grających obecnie w piłkę nożną, założyliśmy w moim rodzinnym mieście Akademię Piłkarską. Chciałabym pomóc zdolnym sportowo dzieciom z moich okolic. Dać im coś więcej, rozbudzić marzenia, ambicje i chęć do pracy. Zarazić ich pasją. Pokazać nowe możliwości. Jest to prawdziwie karkołomne wyzwanie, zwłaszcza, gdy można liczyć tylko na siebie, bo takie idealistyczne przedsięwzięcia naruszają status quo, a nie wszyscy niestety lubią, jeśli coś się zmienia, nawet na lepsze. Jednak warto to robić! Gdy widzę małych piłkarzy i piłkarki – tak, mamy też uzdolnione dziewczynki – to puszczam mimo uszu złośliwe komentarze o babach biorących się za sport, o akademii mamusiek itp. Widocznie czasem kobiety muszą podjąć się pracy tam, gdzie panowie nie dają rady. W ciągu roku funkcjonowania klubu udało nam się bez oficjalnego wsparcia zorganizować wiele imprez sportowych na wysokim poziomie, zaprosić do nas Gibę, genialnego brazylijskiego siatkarza czy Andrzeja Strejlaua.

A Pani udało się jeszcze w tym czasie napisać książkę, w której połączyła Pani wszystkie swoje zainteresowania w porywającą opowieść. Reakcje czytelniczek są więcej niż pozytywne. Podobno jedna z nich nawet zaczęła oglądać mecze piłkarskie.

- Uważam to za mój mały sukces. Docierają do mnie wiadomości od kobiet, które czytając relację z finału Brazylia – Francja w 1998 roku, oglądały ją równocześnie na YouTubie, szukając bohaterów na stadionie.

A można ich tam zobaczyć?

- Jeśli ktoś bardzo chce…

Pozostawmy zatem poszukiwania wnikliwym czytelnikom. Porusza też Pani temat dorastania, przejścia w dorosłe, odpowiedzialne życie.

- Chciałam przede wszystkim pokazać, że nie da się żyć według z góry ustalonego planu. A miłość zmienia się z czasem, wymaga poświęceń obu stron, ustępstw, zrozumienia. Mówi się, że jeśli chcesz poznać człowieka, sprzeciw się jego planom. Więc sprzeciwiłam się planom moich bohaterów, skonfrontowałam ich z trudnościami. Jak sobie z tym poradzili, niech ocenią czytelnicy.

Wydawało się, że Martyna i Léo mieli doskonałe warunki, żeby być szczęśliwi.

- Martyna dostała wszystko podane na tacy – wygodne życie, pieniądze, podróże, sławnego chłopaka, ale czuła, że musi za to zapłacić swoimi marzeniami o niezależności, o Paryżu, o satysfakcjonującej pracy. Wybrała bardziej wyboistą drogę, być może niewłaściwą, ale własną. Popełniała błędy, cierpiała, ale też odnosiła sukcesy i bywała szczęśliwa. Na swój własny rachunek. To samo robiły Wanda i Aśka, jej przyjaciółki. Każda przemierzała życie na inny sposób, nie zawsze akceptowany przez pozostałych. Jedna postawiła na rodzinę i uczuciową stabilizację, druga w ogóle nie wierzyła w takie wartości. Martyna jest gdzieś pomiędzy nimi, chciałaby pogodzić wszystko, jednak nie zawsze się da.

A jak Pani udaje się godzić pracę, macierzyństwo i działalność społeczną? Pisze Pani książki, artykuły, tłumaczy, organizuje wystawę pamiątek po Antoine’ie Cierplikowskim w Muzeum Teatralnym w Warszawie, a do tego wychowuje trzech synów i pracuje w Akademii Piłkarskiej.

- Nie jest to na pewno łatwe. Często bywam zmęczona, zniechęcona, ale mam już taki charakter, że wyzwania mnie stawiają na nogi. Robię przecież to, co lubię. Mogę pracować w domu, więc chłopcy zawsze mogą do mnie przyjść, gdy mnie potrzebują. Wiedzą już, że gdy mama czyta lub pisze, trzeba przeszkadzać jak najmniej, a ja nauczyłam się funkcjonować w hałasie, a gdy naprawdę potrzebuję ciszy, pracuję w nocy, gdy wszyscy śpią. Lubię być aktywna, podejmuję się wielu zadań, dzięki którym wciąż mogę się rozwijać i uczyć. Teraz skupiam się przede wszystkim na pracy związanej z językiem francuskim, czytam dużo literatury francuskiej, ostatnio prawie wyłącznie, tłumaczę książki dla dzieci, przygotowuję kolejne artykuły związane z historią i kulturą Francji. W tym czuję się najlepiej. A odpoczywam na kolejnych turniejach mojego syna, za kilka dni wyjeżdżamy na Klubowe Mistrzostwa Polski na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Moje jedenastoletnie dziecko i jego koledzy, i koleżanki oczywiście, zagrają w Kotle Czarownic. To wspomnienie pozostanie z nim do końca, nawet jeśli nie będzie zawodowym piłkarzem. Takie chwile są bezcenne.

Nie myślała Pani o przeprowadzce do większego miasta? Byłoby może łatwiej.

- Być może byłoby mi łatwiej, ale czy ciekawiej, nie jestem pewna. Opuściłam Paryż, a żadne inne miasto nie przekonało mnie do siebie na tyle, żebym pragnęła w nim zamieszkać. Lubię Kraków, Warszawę, ale w Namysłowie, moim rodzinnym mieście, czuję się najlepiej. Nawet jeśli życie tu nie jest nieprzerwaną sielanką, nigdzie przecież nie jest. Choć dostrzegam mnóstwo wad, widzę też zalety. Bliskość natury, dużo wolniejsze tempo życia, poczucie bezpieczeństwa, dzieci biegające swobodnie z kolegami, wokół znajome twarze. Jest inaczej, nie wiem czy lepiej, czy gorzej, dla mnie optymalnie.

Czyli jednak powieści o urokach sielskiej prowincji nie kłamią?

- O! To temat na dłuższą rozmowę, a może nawet na książkę. Chodzi mi ostatnio po głowie pomysł na powieść o mrocznych stronach małego miasteczka. Myślę o tym intensywnie. Obserwuję, zapisuję. Może mi Pani wierzyć, że może wyjść z tego niezły horror.

Czyli historia Martyny i Léo jest już zamknięta?

- Ależ nie! Mają jeszcze całe życie przed sobą. A znając ich charaktery, raczej łatwo nie będzie, więc na pewno jeszcze pojawią się w moich kolejnych książkach.

 Rozmawiała Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

 

Gra o miłość. Kulisy powstawania książki. Rozmowa z Marta Orzeszyną.

Z Monią Goździalską, celebrytką i influencerką, rozmawiam z okazji premiery książki #NIEDOPODROBIENIA, autorstwa Moniki Rokity,  wydanej nakładem Wydawnictwa Harde. Jak mówi bohaterka #NIEDOPODROBIENIA, jest to opowieść o dziewczynie, która postawiła wszystko na jedną kartę.  
 
Książka o Tobie nosi tytuł #Niedopodrobienia. Czy w ten sposób mówisz kobietom, by – tak jak Ty – miały odwagę być sobą?
Uważam że każda kobieta i każdy człowiek powinien być sobą, bo wtedy się jest autentycznym, prawdziwym i ludzie chcą koło takiej osoby przebywać.
Na Instagramie masz ponad 80 tysięcy fanów i liczba ta błyskawicznie rośnie. Zdradzisz tajemnicę tego sukcesu?


Myślę że na Instagramie jest tyle syfu, obłudy, kodów internetowych, wiążących się lasek, że ludzie szukają normalności. Sądzę, że mój sukces wynika z faktu, że postanowiłam mówić  prawdę i mówić na różne tematy.
Oznacza to, że ludzie przedkładają prawdziwe życie nad wyreżyserowane przedstawienie. Masz poczucie, że dzieląc się sobą, wspierasz innych?
Dzielę się wszystkim momentami i sama jestem w szoku, jak bardzo prywatnie ludzie podchodzą do pewnych tematów. Treści wiadomości czasami są wstrząsające i smutne, ale i miłe, kiedy piszą: dałam radę, zmieniłam to Monika. Wtedy mój uśmiech jest jeszcze większy.
Fani zwierzają Ci się z trudnych często spraw. Chyba niełatwo to udźwignąć... Co Cię motywuje? Czasami jestem przerażona, ponieważ nie jestem ani psychologiem, ani psychiatrą. Staram się jednak odpowiadać zawsze zgodnie z własnym doświadczeniem i z własnym przeczuciem. Wszyscy mamy problemy i cieszę się, że ludzie zwracają się do obcych osób, co oznacza że im ufają i chcą mówić o rzeczach, które leżą im na sercu.


 Bankiety, ścianki, newsy…Lubisz ten blichtr? Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że ja na ściankach, jak i na imprezach branżowych spędzam maksymalnie 30 min. Nie interesuje mnie spijanie z dzióbków i uśmiechanie się sztuczne do ludzi, z których niektórzy wbiliby mi nóż w plecy. Chodzę tam, bo tego wymaga ode mnie mój zawód, ale nie robię z siebie pajaca. Czyli nad wypad do modnego klubu przedkładasz spokojny wieczór z rodziną?

Ostatni raz na imprezie byłam równo rok temu w Halloween. Nie należę do osób zbyt rozrywkowych. Chociaż, nie ukrywam, czasami lubię po prostu wyjść, zjeść coś dobrego, wrócić do domu i w swoją piżamkę wskoczyć.
Mam jednak wrażenie, że potrafisz spożytkować swoją popularność w słusznym celu. Nie tak dawno wypowiadałaś się w związku z atakami na środowiska LGBT podczas Marszu Równości w Białymstoku…
Ponieważ dla mnie nie ma tematów tabu. Każdy człowiek ma prawo czuć się wolny i szczęśliwy bez względu na orientację seksualną. Przeraża mnie fakt, że ludzie są gnębieni, poniżani i nieszanowani. Dla mnie nie ma różnicy, czy jest gejem lub lesbijką. Ważne, aby nie zachowywał się ostentacyjnie i szanował, że nie wszyscy jeszcze są gotowi na zaakceptowanie odmienności, ale czuł się wolny.
W książce pięknie opowiadasz o swoich rodzicach, szczególnie o Tacie, którego straciłaś w dzieciństwie. Podzielisz się krótkim wspomnieniem?
Mój tata był takim samym wariatem jak ja. Cieszę się, że mogłem po nim odziedziczyć uśmiech i pozytywne nastawienie, chęć niesienia pomocy innym. Ciężko pożegnać kogoś, jak się ma dziewięć lat i nigdy więcej go nie zobaczyć. Jednak ja zawsze uważałam, że On żyje gdzieś obok mnie i bacznie patrzy na to, co robię.


Jesteś również mamą. Jak czujesz się w tej roli. Początki macierzyństwa przecież nie były łatwe. Twoja kariera w modelingu właśnie nabierała rozpędu…


Jak się rodzi dziecko w wieku 19 lat, świat cię przerasta, życie cię przerasta. Pomoc najbliższych i własna determinacja mogą ułatwić życie młodej dziewczyny, jeszcze dziecka, z własnym dzieckiem.


 Zdobyłaś też tytuł pierwszej wicemiss w wyborach Mrs. World w 2011 roku, uczestniczyłaś w programach "Big Broth er" i "MasterChef", realizowałaś cykle kulinarne dla telewizji, wystąpiłaś w rozbieranej sesji dla „CKMu". Ale odnosiłaś nie tylko sukcesy. Nigdy nie poddawałaś się?

Wszystko mi trudniej przychodziło. Inni odnosili sukcesy, a ja musiałam starać się 100 razy bardziej. Zawsze miałam wrażenie, że coś ze mną nie tak. Dumna jestem z tego czasu, który nadszedł. Dziś ktoś mnie chce i ja również chcę - pewnie dlatego tak świetnie to wychodzi.


A co wyniosłaś z tej, niełatwej przecież, drogi?

Bądź sobą, bądź życzliwym człowiekiem, kochaj ludzi, wybaczaj, mów, rozmawiaj, zwierzaj się, otaczaj się pozytywnymi ludźmi, nie bój się prosić o pomoc - wsparcie najbliższych, zaufanych ludzi jest bezcenne.
 
Gotowanie i – jak sądzę – jedzenie to jedne z Twoich pasji. Jak to robi sz, że masz idealną figurę?

To na pewno geny, ale też dużo ciężkiej pracy nad sobą. Codziennie trenuję, czy boli, czy nie. Czasami pozwalam sobie na wariactwa kulinarne, nie licząc kalorii, ale ogólnie staram się odżywiać zdrowo.

W książce prezentujesz najlepsze ćwiczenia na zgrabną sylwetkę. Lubisz ruch?


 Od zawsze lubiłam ruch, jeździłam na nartach, na snowboardzie, na koniach. Trudniej było z siłownią, gdyż nigdy nie mogłam się zmobilizować. Jednak przyszedł ten czas, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą i uwielbiam swoje ciało, które zmienia się każdego dnia.
Co Cię motywuje prócz dążenia do idealnej figury?  Sama się motywuję, ludzie mnie motywują, zmiany które zachodzą w moim ciele mnie motywują, fani, którzy przybywają do mnie na Instagram ze słowami wsparcia, gratulacjami, uśmiechem.

Jesteś też projektantką. Pochwal się proszę kolekcją dresów pod Twoją marką…


 Ja nie jestem projektantką, tylko dziewczyną w dresach. Kocham dresy, porwane dżinsy i trampki. Dlatego stworzyłam własną kolekcję dresów, w których czuję się świetnie. O dziwo, spodobały się innym.

Książka składa się z trzech części: rozmowy z Tobą, przepisów na Twoje ulubione dania oraz poradnika fitness. Mogłabyś ją swoimi słowami polecić?

Książek jest wiele i trudno wybrać najlepszą. Moja została napisana na podstawie mojego życia. Jeśli więc chcesz przeczytać o dziewczynie, która postawiła wszystko na jedną kartę i tak jak ty jest #niedopodrobienia – zapraszam do czytania.

Rozmawiała Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

Goździalska Monika #niedopodrobienia.

 

„Tylko przez pierwsze sześć miesięcy 2019 roku polscy emeryci stracili przez mafię wnuczkową blisko 30 milionów złotych” mówi Hanna Dobrowolska, autorka  książki  „Wnuczkowa mafia. Powiedz im, co masz,  a wszystko Ci zabiorą”. Ten najbardziej wstrząsający reportaż 2019 r., opublikowany nakładem Wydawnictwa Harde,  opisuje mechanizmy okradania starszych ludzi z oszczędności ich życia przez zorganizowaną, międzynarodową szajkę o silnych, rodzinnych powiązaniach.  Autorka jako pierwsza dziennikarka zauważyła problem mafii wnuczkowej  i przedstawiła ją w Super Expressie. Przez wiele lat dokumentowała  poczynania  jej szefa - Arkadiusza Ł., zwanego „Hossem”, który 3 września tego roku został skazany przez Sąd Okręgowy w Poznaniu na 7 lat więzienia.   Nie oznacza to jednak, że nasi rodzice, dziadkowie, sędziwi sąsiedzi są bezpieczni. 

 

„Wnuczkowa mafia. Powiedz im, co masz,  a wszystko Ci zabiorą”  - reportaż, który trzeba przeczytać, by wiedzieć, jak się obronić.

 

Pani Hanno, rozmawiamy z okazji premiery Pani książki „Wnuczkowa mafia. Powiedz im, co masz,  a wszystko Ci zabiorą”. Ponieważ pisze Pani we wstępie, że równie istotne jak sensacyjna historia Hossa są ofiary, zacznijmy wywiad nie od wątku kryminalnego, ale samego procederu.

 

Czy może Pani powiedzieć, co jest istotą metody „na wnuczka”?

Ciężko mi będzie w skrócie opisać problem na tyle złożony, że powstała o nim książka. Oszustwo „na wnuczka”, czy „na policjanta”, ma dziś tyle odnóg, że nie sposób wszystkie wymienić. To, co się nie zmienia, to sposób wyszukiwania ofiar. Oszuści korzystają w tym celu ze starych książek telefonicznych, wybierają z nich imiona, które mogą wskazywać na podeszły wiek właściciela danego numeru. Dzwonią i wciskają zmyśloną historię. W podstawowej wersji oszust podawał się za wnuczka, który potrzebował pilnie pieniędzy np.na okazjonalny zakup mieszkania czy samochodu. Późniejszą modyfikacją tej legendy był krewny, który spowodował wypadek samochodowy, a pożyczone od babci pieniądze miały być przekazane rodzinom ofiar, albo „na łapówki”, żeby nie trafił do więzienia. Gdy policja zaczęła przestrzegać przed tego typu oszustwami, przestępcy zmienili śpiewkę. Najpierw dzwonił „wnuczek”, połączenie urywało się, a następnie dzwonił policjant, informował że ten „wnuczek” to oszust i prosił, żeby przekazać mu pieniądze, bo policja go wtedy złapie na gorącym uczynku. Dziś rzadko dzwoni „wnuczek”. Pokrzywdzony najczęściej słyszy od razu rzekomego funkcjonariusza, który prosi o pomoc w schwytaniu oszustów działających np. w banku. Seniorzy są nakłaniani do wypłaty oszczędności życia, likwidacji lokat, nierzadko brania kredytów.. Pieniądze zostawiają w koszach na śmieci, pod kołami samochodów, albo wyrzucają je przez okno. Robią tak, jak zostaną poinstruowani przez telefon, bo wierzą, że działają w słusznej sprawie..

 

Dlaczego jest ona tak skuteczna?

Z tym samym pytaniem zwróciłam się do dwójki świetnych psychologów z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy problemem bezpieczeństwa seniorów zajmują się od dawna. Dr Marcin Szulc tłumaczył mi, że sprawcy tego typu przestępstw są świetnie  przygotowani i stosują na swoich ofiarach różne socjotechniczne triki, mają do perfekcji opanowane owijanie sobie ofiary wokół palca. I, co ciekawe, psycholog podkreślał, że nie należy upatrywać w podeszłym wieku ofiar głównej przyczyny podatności na „wnuczkowe” oszustwa.  Warto przeczytać tę rozmowę, żeby zrozumieć problem.

 

Przytoczone historie mogą służyć za ostrzeżenie?

Chciałabym, żeby ta książka była jednym wielkim ostrzeżeniem. Liczę, że jeden przejrzy na oczy, jak zobaczy bogactwo, którego oszuści dorobili się na ludzkiej krzywdzie. Drugi pomyśli o swojej babci, czytając historie pokrzywdzonych i  zastanowi się co może dla niej zrobić, żeby była bezpieczna. Trzeci wczytując się w policyjne opisy sposobu działania sprawców będzie czujniejszy, gdy w jego domu rozbrzmi telefon, a rozmówca tajemniczym głosem zapyta „Zgadnij, kto mówi?”.

 

Co możemy zrobić z tą wiedzą, by ochronić naszych seniorów?

Przede wszystkim seniorów należy informować ich o potencjalnym zagrożeniu. Policja robi to chyba na wszystkie możliwe sposoby. Przestrzega emerytów przez komunikaty w mediach, na specjalnych spotkaniach, ale także za pośrednictwem placówek bankowych, poczty, kościoła.. Sposób działania oszustów przedstawiany był także w wielu polskich serialach, ale statystyki pokazują, że prewencja nie jest do końca skuteczna. A może właśnie jest skuteczna, bo gdyby nie wspomniane działania, przestępstw byłoby znacznie więcej? Na pewno świadomość polskich seniorów rośnie, to widać po statystykach. Z roku na rok przybywa przypadków, w których starsza osoba uniknęła utraty pieniędzy, bo zorientowała się, że jest oszukiwana, albo ktoś ją w porę ostrzegł. Warto też samemu zadbać o bezpieczeństwo swoich dziadków czy rodziców.

 

Wspomina Pani w książce, że oszukani zmagają się nie tylko ze stratą oszczędności czy rodzinnych kosztowności, ale też poczuciem winy i wstydem, co podsycają często najbliżsi...

Spotykając się z seniorami oszukanymi metodą „na wnuczka” czy „na policjanta” odnoszę wrażenie, że utrata pieniędzy jest najmniejszym problemem. Te osoby tracą poczucie bezpieczeństwa, bo zostali w okrutny sposób wykorzystani w momencie, gdy chcieli nieść pomoc. Zdarza się, że ofiary zamykają się w sobie, odcinają od rodziny. Nie są w stanie uwierzyć, że oszukał ich zupełnie obcy człowiek. Niektórzy są przekonani, że informację o posiadanych przez nich oszczędnościach musiał przekazać krewny, albo pracownik banku. Na końcu swojej życiowej drogi borykają się ze ogromnym lękiem, wstydem. Inni przeżywają tak ogromy stres, że umierają niedługo po przestępstwie. Policjanci mówią, że dla seniora taka historia jest jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. A bliscy często zamiast wspierać, ranią.

Rodzina jednej z ofiar, która zwierzyła mi się ze swojego dramatu, wypominała jej, że jest naiwna i oddała 30 tysięcy oszustom. Mówili „ale nam zrobiłaś mikołajki!”.. Krewnym, czy nawet sąsiadom, łatwo przychodzi krytykowanie ofiary i mądrowanie w stylu „ja bym nigdy się na to nie nabrał!”... Nikt z nas nie wie jak by się zachował, gdyby zręczny oszust wziął nas w obroty.

 

Uważa nawet Pani, że młodsze pokolenia są pośrednio odpowiedzialne za te dramaty…

Nie chciałabym, żeby to brzmiało jak oskarżenie, ale ..tak właśnie uważam. Wielu seniorów, szczególnie w dużych miastach, cierpi z powodu samotności. Ich dzieci dawno opuściły dom, wnuki studiują, albo pracują, krewni wyjechali za granicę, być może małżonek już nie żyje. Dla takich osób kontakty z rodziną często sprowadzają się do wizyt „od święta”. A starsze osoby, tak samo jak wszyscy inni, pragną kontaktu, chcą czuć się potrzebni i ważni. Dlatego gdy dzwoni oszust i radośnie woła „babciu!/ciociu! to ja!”, senior sam projektuje w głowie, kogo chciałby usłyszeć. Gdybyśmy wszyscy dbali o swoich seniorów, okazywali im zainteresowanie i troskę na co dzień, połowy tych dramatów by nie było.

 

Czy może Pani podać kilka statystyk, by pokazać jak istotny jest to problem?

Oczywiście. Tylko przez pierwsze sześć miesięcy 2019 roku polscy emeryci stracili przez mafię wnuczkową blisko 30 milionów złotych. Największe straty poniósł emeryt z warszawskiego Ursynowa, którego oszuści manipulowali przez kilka dni, nakłaniając do kolejnych wypłat. Mężczyzna stracił 700 tysięcy złotych. Słyszałam też od policji, że latem na Śląsku ktoś stracił ponad milion złotych. W obu tych przypadkach sprawcy nie zostali jeszcze zatrzymani.

 

Warto podkreślić, że problem jest także z samą statystyką. Policja zbiera informacje dotyczące oszustw „na wnuczka” i „na policjanta” od kilku lat, chociaż pojawiły się one w Polsce prawie dwie dekady temu. W tabelkach znajdziemy tylko te przestępstwa, w których ktoś zgłosił się na policję lub została ona na wezwana na miejsce zdarzenia, a następnie policja odpowiednio opisała to w systemie. Nie wiemy ile jest spraw źle opisanych ani ile jest przestępstw, których nikt nie zgłosił. Bo się bał, wstydził, albo ciągle wierzy, że pieniądze do niego wrócą.

 

Wracając do Hossa. Dzięki Pani historia mafii wnuczkowej wykroczyła poza pojedyncze wzmianki w lokalnej prasie. Jak to się stało, że zajęła się Pani tym tematem?

Przyznaję, że wyszło to zupełnie przypadkiem. Pracując nad materiałem podsumowującym roczne straty w wyniku oszustw „na wnuczka” w Warszawie trafiłam na postać Arkadiusza Ł.,znanego jako „Hoss”. Funkcjonariusze z Komendy Stołecznej Policji pokazali mi zdjęcia z jego zatrzymania. Mieszkanie w bloku na warszawskiej Woli wyglądało jak komnaty króla. Wszędzie złoto, marmur, dzieła sztuki, porcelana miśnieńska, rolexy, mnóstwo gotówki, a pob blokiem luksusowe samochody. Potem znalazłam profil jego syna na Facebooku. Marcin K.chwalił się bogactwem, jakie wielu się nawet nie śniło. Wtedy do mnie dotarło, że oszustwa „na wnuczka” to nie są przypadkowe przekręty, których komuś udało się dokonać wykręcając spontanicznie wybrany numer z książki telefonicznej. Zrozumiałam, że mamy do czynienia z mafią, która żyje na absurdalnie wysokim poziomie za pieniądze ukradzione starszym osobom. Im dłużej zgłębiałam temat, tym bardziej wydawał mi się on ważny. To był 2015 rok, pracowałam wtedy w „Super Expressie”. Regularnie publikowaliśmy materiały demaskujące tzw.mafię wnuczkową jednocześnie przestrzegając starsze osoby przed tego typu przestępstwami. Nikt wcześniej w polskich mediach nie poruszył tematu od tej strony.

 

Czy policjanci z wydziału kryminalnego zajmujący się sprawą Hossa chętnie z Panią współpracowali?

Kryminalni z komendy stołecznej, którzy zatrzymywali „Hossa” po raz pierwszy w 2014 roku podzielili się ze mną swoimi wrażeniami z tamtego okresu, a także wiedzą na temat oszustw „na wnuczka” w ogóle. Bardzo dużo informacji zdobyłam czytając akta sprawy, które miały ponad 11 tysięcy stron. Ale warto podkreślić, że „Hoss” to nie jest jedyny anty-bohater mojej książki. Wyszłam od jego postaci, bo jest ona najbardziej rozpoznawalna, ale takich jak on jest więcej. Pracując nad książką dotarłam do kryminalnych nie tylko z Warszawy, ale także z Podlasia, Łodzi, Lubelszczyzny, Śląska. To naprawdę niesamowici, pełni pasji ludzie i jestem im ogromnie wdzięczna, że mi zaufali i podzielili się swoim doświadczeniem. Zdradzę Pani, że jest w kraju naprawdę niewielu policjantów, którzy zajmują się „wnuczkami”. I oni się wszyscy znają, współpracują ze sobą, bo często prowadzone przez nich śledztwa łączy postać sprawcy.

 

Nawiązała Pani kontakt z osobą blisko związaną z wnuczkową mafią. Dlaczego zdecydował się „sypać”?

Szczerze przyznam, że to on nawiązał kontakt ze mną. Odezwał się do mnie kilka lat temu, po którymś większym materiale dotyczącym mafii wnuczkowej, opublikowanym na łamach „Super Expressu”. Zadzwonił do sekretariatu, poprosił o namiar na autorkę tekstu. Powiedział, że on mi może zdradzić znacznie więcej, żeby pokazać jak wygląda ten biznes od „zaplecza”. Nie wiem dlaczego to zrobił i dlaczego robi do tej pory. Widocznie załatwia w ten sposób jakieś swoje interesy. Ale jest osobą bardzo wiarygodną. Zweryfikowałam go zanim weszłam z nim we współpracę, którą uważam z resztą za jedno z ciekawszych doświadczeń zawodowych.

 

W działalność Hossa były zaangażowane przede wszystkim osoby narodowości romskiej, często całe rodziny. Jak udało się Pani przeniknąć do tej hermetycznej społeczności?

Nie tylko u „Hossa” pracowała cała jego rodzina. Wszystkie duże grupy przestępcze, które opisuję w książce, to grupy złożone z osób ze sobą spokrewnionych. Niestety, nie udało mi się przeniknąć do ich świata. To jest społeczność zamknięta na takie osoby jak ja, nazywane po romsku „gadzio”, czyli obcy. Ich życie, zarówno od strony przestępczej jak i kulturowej przybliżył mi człowiek blisko związany z wnuczkową mafią. Ale nie należy tej książki czytać jako próby przypięcia tej grupie etnicznej jakiejś łatki. To jest książka o mafii, nie o cyganach.

 

Z rozmów z policjantami, akt i relacji niejakiego „Cygana” wynika, że oszustwa dokonywane metodą „na wnuczka” mają około 20-letnią historię...

Tak, wszystko wskazuje na to, że „wnuczki” zaczęły się na początku lat dwutysięcznych. I wszyscy twierdzą, że pomysł na oszukiwanie w ten sposób starszych osób pochodzi właśnie od „Hossa”. Historia jest bardzo ciekawa, szczególnie w wersji opowiadanej przez „Cygana”, dlatego zachęcam do lektury książki.

 

Śledztwo w sprawie grupy przestępczej Hossa rozpoczęła niemiecka policja w 2012 roku.

Rok później zwróciła się o wsparcie do śledczych z Polski, uznając, że tylko ścisła współpraca policji obu krajów może przyczynić się do rozbicia mafii wnuczkowej. Jak przebiegała ta współpraca?

Rozmawiając z policjantami, czy prokuratorem, który prowadził śledztwo, wywnioskowałam, że współpraca przebiegała bardzo dobrze. Myślę, że zarówno polska jak i niemiecka strona mogły tylko zyskać. Niemcy chcieli dorwać oszustów, którzy dzwoniąc z Polski wyłudzali od ich emerytów pieniądze. Polacy przecierali w ten sposób nowy szlak międzynarodowej współpracy, bo do naszych seniorów oszukańcze połączenia były wykonywane właśnie z zagranicy, w tym m.in. z Niemiec.

 

Jako ciekawostkę dodam, że ujęcie „Hossa” nie było pierwszym międzynarodowym sukcesem polskich funkcjonariuszy w walce z „wnuczkową mafią”. W 2006 roku policjanci z Katowic, wspólnie z policjantami z Ostravy i Pragi zatrzymali w sumie 39 osób należących do gangu, którym kierował 25-letni Rom. Jego mafia wyłudziła od czeskich emerytów około 10 milionów koron, a dzwonili z Polski.

 

Hoss został zatrzymany w maju 2014 roku, ale wyrok zapadł po wielu zwrotach akcji 3 września 2019 rok. Na czym polegała trudność przekucia materiału zdobytego drogą pracy operacyjnej śledczych w materiał procesowy?

Nie wiem, czy w tym przypadku tego rodzaju trudności  spowodowały aż pięcioletni odstęp od chwili zatrzymania, do dnia w którym „Hoss” został uznany za winnego. I warto podkreślić, że wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu jest nieprawomocny, jeszcze wszystko się może zdarzyć. Niemieccy policjanci dostarczyli stronie polskiej materiał dowodowy, na który składały się nagrania i stenogramy z podsłuchanych rozmów, przesłuchania pokrzywdzonych, policjantów. Prokurator, który prowadził to śledztwo w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie miał wątpliwości, że „Hoss”, jego syn i brat to przestępcy dlatego kazał ich zatrzymać i przedstawił im zarzuty. Akt oskarżenia skierowano pół roku po ich ujęciu, czyli jeszcze w 2014 roku. Dopiero na etapie sądowym tempo spadło.

 

Metoda na wnuczka, którą Hoss opracował, i zasięg działalności jego grupy przestępczej wymagają znajomości psychologii i kompetencji, powiedzmy, logistycznych. Zaskakujące, biorąc choćby pod uwagę fakt, że ukończył tylko dwie klasy podstawówki. Co to za człowiek?

Z podsłuchów, które stanowiły dowody w sprawie przeciwko niemu wiemy, że „Hoss” to człowiek rodzinny i rozrywkowy, z przedstawionych mu zarzutów wynika, że jest sprytny i chciwy, natomiast z zachowania na sali rozpraw natomiast, że jest to człowiek bardzo chorowity.. „Hoss” urodził się w 1968 roku w Jaworznie na Śląsku, później z rodziną wyemigrował do Niemiec, wrócił do kraju dopiero na początku lat dwutysięcznych. Faktycznie nie skończył nawet szkoły podstawowej, ale umiejętności, o które Pani pyta, nie uczy się, niestety, dzieci w szkołach. Więc podejrzewam, że kiedy jego śląscy rówieśnicy uczyli się ułamków i czytali „Karolcię”, Arkadiusz Ł. chłonął zupełnie inną wiedzę..

Podejrzewam, że musiał mieć w rodzinie jakiś wzór do naśladowania, bo zarzuty za „wnuczki” mają także jego brat Adam P. i siostra Soraya P. Z resztą dzieci „Hossa” także nie skończyły żadnej szkoły, a sukcesy w wyłudzaniu ogromnych kwot od seniorów z Europy Zachodniej mają wszyscy trzej jego synowie.. Ciężko uwierzyć w przypadek.

 

Był też dobrze przygotowany na wypadek zatrzymania...

Legendą wśród stołecznych policjantów jest moment, w którym zatrzymali „Hossa” w 2014 roku. On siedzi na łóżku, mówi, że jest bardzo chory, słabo się czuje i trzeba wezwać pogotowie. Po chwili wręcza funkcjonariuszom teczkę z dokumentami poświadczającymi, że jego słabe serce nie wytrzyma większego stresu, a już na pewno nie przeżyje izolacji w areszcie śledczym.. Widziałam te dokumenty czytając akta jego sprawy. Naprawdę duuuuuża teczka, ale ostatecznie na nic się zdała. Wśród Romów mówi się także, że „Hoss” był świetnie przygotowany na przyjście policji także od strony majątkowej. W jego mieszkaniu było mnóstwo bogactwa, dzieł sztuki, biżuterii, gotówki. Ale podobno była to tylko wystawka, żeby funkcjonariuszom wydawało się, że zabezpieczyli wszystko czego Arkadiusz Ł. dorobił się na przekrętach. Jednak on co najcenniejsze, miał świetnie ukryte. Romowie plotkowali, że wśród tych zakopanych skarbów były m.in. kamienie szlachetne i sztabki złota.

 

Być może oczekiwanie empatii od przestępcy jest naiwnością, ale czy Hoss poczuwa się do winy?

Nie rozmawiałam z „Hossem”, ale w sądzie ostatecznie podtrzymywał wersję, że jest niewinny i stal się ofiarą pomówień. Z kolei mój „Cygan” mówi, że przy oszustwach takich jak te „nie ma miejsca na współczutkę”, bo nie traktują tego jak przestępstwo, tylko jak.. pracę.

 

Czy zamierza Pani kontynuować dziennikarskie śledztwo w sprawie mafii wnuczkowej?

„Cygan” czytając moją książkę powiedział, że ledwie „liznęłam temat”. Wcale nie chciał w ten sposób zarzucić mi braku zaangażowania, którego sama sobie też nie mogę odmówić. Problem oszustw „na wnuczka” i działających w ten sposób gangów jest jak hydra. Policja utnie jeden łeb, na jego miejsce wyrastają dwa kolejne. Jest kilka grup przestępczych, których działalności będę się przyglądać. Są śledztwa, na których finał czekam, w tym na kolejny akt oskarżenia przeciwko „Hossowi”, jego żonie i synom. Są procesy, których finału będę wypatrywać.. Na pewno nie odpuszczam tematu. I policjanci, których poznałam zbierając materiały do książki też nie odpuszczą.

 

Rozmawiała Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

PHOTO : PIOTR GRZYBOWSKI/SE WARSZAWA PISARKA WYDAWNICTWO HARDE N/Z HANNA DOBROWOLSKA  20/09/2019 AGENCJA.SE.COM.PL

Reportaż Hanny Dobrowolskiej o wnuczkowej mafii.

Rozmowa z Przemysławem Lewickim, autorem książki  „Jasnowidz Jackowski”,  Wydawnictwa Harde.

Wpisuję w Google słowo „jasnowidz” i w wynikach wyszukiwania pokazuje mi się przede wszystkim Krzysztof Jackowski. Media cytują, co jasnowidz z Człuchowa sądzi na temat koronawirusa, zmian klimatycznych, sytuacji politycznej… Wygląda na to, że jest na to duże zapotrzebowanie społeczne? Dlaczego?

 

 Sądzę, że to wynika z tego, że Krzysztof Jackowski jest znany opinii publicznej od trzydziestu lat i media często proszą go o wypowiedź. A internauci szukając jakichś informacji, chcą również poznać inne spojrzenie, dowiedzieć się, co na dany temat sądzi jasnowidz. Taka już jest ludzka natura. Ciekawi nas to, co tajemnicze.

 

Umiejętności Krzysztofa Jackowskiego z pewnością możemy zaliczyć do tajemniczych. A żyjemy w czasach nauki, która sceptycznie podchodzi do zjawisk paranormalnych...

 

 Tak i sam Krzysztof Jackowski przyznaje, że to jest jego walka. Te wszystkie przypadki zaginięć, które udało mu się rozwiązać, to według niego dowód na to, że jasnowidzenie faktycznie istnieje. Moim zdaniem świat nauki powinien się nim zainteresować.

 

Co Pana tak zainteresowało w osobie Krzysztofa Jackowskiego, że zdecydował się Pan napisać o nim książkę?

 

 Wiele rzeczy. Już sam fakt, że ktoś uważa się za jasnowidza jest interesujący, nawet jeśli   traktuje takie deklaracje z szerokim uśmiechem. Jakiego byśmy jednak nie mieli zdania o Krzysztofie Jackowskim – pewno jest jedno  - za swoją pracę zapłacił wysoką cenę. Kosztowało go to zdrowie, zszarpane nerwy i obrzydliwy hejt.

 

Planując tę książkę, postanowiłem, że spróbuje się dowiedzieć, jak wygląda jego życie. Jakie ma przemyślenia ktoś, kto uważa, że rozmawia z duszami? Jakie targają nim emocje? Jak to wszystko przeżywa?

 

Ciekawiło mnie również to, jak pracę jasnowidza z Człuchowa ocenia policja, co na to prawo oraz jakie  jest podejście Kościoła.

 

Jaki miał Pan przed napisaniem książki „Jasnowidz z Człuchowa” stosunek do zjawisk paranormalnych, jak choćby jasnowidzenie?

 

  Nie będę ukrywał – byłem bardzo sceptyczny. Trudno było mi sobie wyobrazić, że ktoś przysuwa sobie do czoła część garderoby albo zdjęcie i wskazuje na mapie, gdzie szukać zwłok.

 

Czy praca nad książką zmieniła Pana opinię na ten temat? 

 

 Na pewno dała mi bardzo dużo myślenia i muszę przyznać, że faktycznie nieco zmieniłem zdanie. Jeśli nie daj Boże zaginęła by moja bliska osoba, to poprosiłbym Krzysztofa Jackowskiego o pomoc.

 

Pierwszą część książki zajmuje wywiad z jasnowidzem. Jest to rozmowa o dzieciństwie, dorastaniu, odkryciu daru jasnowidzenia oraz o jego praktykowaniu – technice, odpowiedzialności, dylematach, konsekwencjach. Coś Pana zaskoczyło, zaintrygowało?

 

 Na pewno warto zwrócić uwagę na to, jak Krzysztof Jackowski opisuje swoją pracę. Często to powtarza, jak odpowiedzialna  jest jego rola – otrzymuje czyjąś rzecz i stara się na tym skupić. A potem na podstawie swojej wizji przekazuje rodzinie zaginionego swoją wersję wydarzeń. Presja, jaką czuje musi być bardzo wysoka. To bardzo ważne, bo to właśnie jasnowidz musi przekazać bliskim tragiczne informacje.

 

Na łamach książki jasnowidz z Człuchowa opowiada również o swoich rozumieniu i doświadczeniu śmierci, ale także o wierze w Boga. Jaki jest stosunek Kościoła, którego historia przecież obfituje w proroków, do jasnowidzenia i bohatera Pana książki?

 

 Kościół jest w tej sprawie jednoznaczny – jeśli dar jasnowidzenia pochodzi od Boga, to jest to jak najbardziej akceptowalne.  Wystarczy wspomnieć postać ojca Klimuszko, który wielokrotnie przewidywał przyszłość.

 

Krzysztof Jackowski twierdzi, że pomagał Policji i innym służbom w 700 sprawach, przede wszystkim zaginięć.  To wiarygodna statystyka?

 

 To spór stary jak świat. Z jednej strony mamy ponad pół tysiąca dokumentów, które potwierdzają skuteczność Krzysztofa Jackowskiego – z drugiej twarde i konsekwentne stanowisko Komendy Głównej Policji, która tego nie potwierdza. Jasnowidz z Człuchowa w rozmowie ze mną stwierdził gorzko, że nie potrzebuje medali od policji, niech sobie je sama przypina. Jak twierdzi, za niego mówią te wszystkie rozwiązane sprawy.

 

Która z tych spraw Krzysztofa Jackowskiego wydaje się Panu najciekawsza?

 

 Trudno wskazać jedną. Moim zdaniem wszystkie w jakiś sposób są ciekawe, a wszystko właśnie za przyczyną Krzysztofa Jackowskiego, który za pomocą swego daru próbował je rozwiązać.

 

Z jasnowidzem z Człuchowa związany był Andrzej K. „Pershing” jeden z najbardziej znanych polskich gangsterów, zastrzelony w 1999 r. w Zakopanem. Co to była za relacja?

 

 Z tego co opowiadał mi Krzysztof Jackowski, była to dosyć bliska relacja. Wiemy, że „Pershing” zwracał się do jasnowidza z prośbą o wizje i brał je pod uwagę. Mało tego, Andrzej K. nadał też jasnowidzowi z Człuchowa dość osobliwy pseudonim – czyli Włóczykij. A wszystko za sprawą tego, że Krzysztof Jackowski wtedy wszędzie podróżował pociągiem albo chodził pieszo.

„Pershing” często odwiedzał jasnowidza w Człuchowie i wypytywał o swoją przyszłość.

 

Czy współpraca jasnowidzów z Policją jest ustrukturyzowana czy też zależy od postawy konkretnych funkcjonariuszy?

 

 Oficjalnie policja raczej nie potwierdza współpracy z jasnowidzami. Twierdzi, że jeśli już następuje taki kontakt, to za sprawą wniosku rodziny. Z wypowiedzi Krzysztofa Jackowskiego wiemy, że prawda wygląda jednak inaczej – policjanci nieoficjalnie kontaktują się z nim i proszą o pomoc.

 

A co na to prawo?

 

 Prawo nie zabrania policji kontaktów z jasnowidzem, nie zabrania również prowadzenia działalności „Usługi paranormalne”. To, czy skorzystamy z takich możliwości, zależy tylko i wyłącznie od nas, tak samo jak wiara w takie umiejętności.

 

Czy praca jasnowidzów dla Policji podlega weryfikacji?

 

 Policjanci mają obowiązek sprawdzić każdą poszlakę, każdą podpowiedź, nawet jeśli jest ona niekonwencjonalna. Oczywiście, z jednej strony mogą pojawić się zarzuty, że to strata czasu i pieniędzy, ale co jeśli faktycznie wskazówka od jasnowidza jest pomocna? Moim zdaniem kwestia dojścia do prawdy jest najważniejsza.

 

Udział jasnowidzów w policyjnych śledztwach budzi zainteresowanie nie tylko w Polsce. Wystarczy wspomnieć o udziale Krzysztofa Jackowskiego w japońskim programie poświęconym temu zagadnieniu...

 

 Tak, Krzysztof Jackowski był kilka razy w Japonii na zaproszenie TV Asahi. Otrzymywał rzeczy osobiste zaginionych osób i na tej podstawie próbował się skupiać. Wiemy, że jego wizje wywołały wielkie poruszenie wśród widzów.

 

W książce pyta Pan również wizjonera o wydarzenia, które odcisnęły się piętnem nie tylko na życiu jednostek, ale całych społeczności, jak choćby katastrofa smoleńska czy zamach na Jana Pawła II. Na czym Krzysztof Jackowski opiera swoje opinie w tych przypadkach?

 

 W sprawie zamachu na Jana Pawła II Krzysztof Jackowski po prostu skupiał się na tej sprawie, rozmyślał o niej. Jeśli chodzi o katastrofę smoleńską to wygląda to tak: Andrzejowi Lepperowi powiedział, że Lech Kaczyński nie będzie startował wyborach prezydenckich, że widzi go śpiącego na łożu Sejmie. Kiedy doszło do katastrofy smoleńskiej, jasnowidz miał poczucie, że mogło dojść do zamachu. Potem jednak zmienił zdanie, kiedy zgłosiła się do niego rodzina jednej z ofiar tego tragicznego lotu. Krzysztof Jackowski wykonywał wizję na podstawie ubrań i stwierdził, że doszło do nieszczęśliwego wypadku.

 

W książce wypowiada się również na temat śmierci Andrzeja Leppera. Co ich łączyło?

 

 Szef Samoobrony często bywał u Krzysztofa Jackowskiego i prosił o przeprowadzenie wizji. Spotykali się najczęściej w domu jasnowidza i dużo rozmawiali, głównie o polityce. Ten kontakt się urwał, gdy Andrzej Lepper został wicepremierem, ale po wyborach do Sejmu, ponownie zaczęli się widywać. Krzysztof Jackowski powtarzał, że Leppera zawsze uważał za bardzo energetycznego człowieka, który miał mnóstwo planów i pomysłów, dlatego trudno mu uwierzyć w samobójstwo szefa Samoobrony.

 

I wreszcie, co nas wszystkich interesuje, prorokuje wynik najbliższych wyborów prezydenckich. Nie będziemy zdradzać szczegółów, ale… przekonał Pana?

 

 Sądzę, że ma w tym przypadku rację.

 

Niezwykle interesującą częścią książki są wywiady z osobami reprezentującymi różne dyscypliny. O Krzysztofie Jackowskim wypowiadają się nie tylko i Robert Bernatowicz, prezes fundacji Nautilus czy Maja Danilewicz, jasnowidz, ale również osoby kierujące się w pracy szkiełkiem i okiem, jak choćby Maciej Rokus, s szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP i Dariusz Loranty, emerytowany policjant, były negocjator. Jak oni oceniają współpracę z jasnowidzem?

 

 Robert Bernatowicz, prezes fundacji Nautilus, Maja Danilewicz są przekonani o zdolnościach Krzysztofa Jackowskiego, nie mają żadnych wątpliwości co do jego daru. Maciej Rokus przyznał, że często rozmawia z jasnowidzem Jackowskim i korzysta z jego rad. Z kolei Dariusz Loranty przyznał, że zaangażowanie Krzysztofa Jackowskiego w sprawy zaginięć potrafiło nieco uspokoić rodziny, co też jest bardzo ważne dla policji.

 

A Janusz Szostak, dziennikarz śledczy i autor książek „Urwane Ślady” czy „Co się stało z Iwoną Wieczorek” oraz prezes fundacji Na Tropie?

 

 Janusz Szostak przyznał, że spotykał się z przypadkami zaginięć, które udało się rozwiązać jasnowidzowi z Człuchowa. Zwrócił również uwagę, że pomoc Krzysztofa Jackowskiego nie jest zbyt kosztowna, a czasem pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze policji.

 

W książce konsekwentnie unika Pan odpowiedzi na pytanie, czy Krzysztof Jackowski jest prorokiem, czy mistyfikatorem, pozostawiając decyzję czytelnikom. Liczy Pan na to, że zwolennicy i prześmiewcy pod wpływem lektury zmienią zdanie?

 

 Jak już wcześniej wspomnieliśmy, świat nauki jest do jasnowidzenia bardzo sceptyczny. To, czy wierzymy w umiejętności Krzysztofa Jackowskiego wciąż pozostaje więc kwestią naszej opinii, przekonań.

 

Pisząc książkę o Krzysztofie Jackowskim zamierzałem zebrać opinie bardzo wielu środowisk, zebrać możliwie najszersze spektrum opinii. Zależało mi na tym, by przedstawić argumenty zarówno przeciwników jak i zwolenników jasnowidza z Człuchowa.

Jeśli uda mi się skłonić do refleksji osoby przekonane o jego zdolnościach, jak i te, które kompletnie je odrzucają, to będzie mój sukces.

Czy znamy Jasnowidza Jackowskiego? Rozmowa z Przemysławem Lewickim.

Słowo „dieta” kojarzy się wyrzeczeniami. A tytuł Pani książki „Dieta najedzonych dziewczyn” jest bardzo optymistyczny…

Faktycznie, zarówno tytuł, jak i ogólny przekaz całej książki nastraja bardzo pozytywnie do trudnego tematu, jakim jest odchudzanie. Długo zastanawiałam się, jak w kilku słowach zawrzeć optymistyczny przekaz dla dziewczyn, które z jednej strony walczą o szczupłą figurę i dobre samopoczucie, ale z drugiej kochają jedzenie i nie chcą rezygnować z przyjemności kosztowania różnych dań i eksperymentowania w kuchni. To dwie kwestie dość trudne do pogodzenia. Dla mnie jednak poczucie sytości, żonglowanie smakami i rozkoszowanie się jedzeniem ma bardzo istotne znaczenie. Książka to propozycja dla uśmiechniętych, radosnych dziewczyn, które nie zamierzają narzucać sobie zbyt wielu drastycznych ograniczeń związanych z odchudzaniem. Przygotowałam ją z myślą, że nie chcę pozbawiać dziewczyn przyjemności smakowania różnych dań. Zachęcam do wypróbowania i przetestowania fajnych i esencjonalnych potraw. Z drugiej zaś strony pokazuję, że nawet przy małych ograniczeniach można tracić kilogramy z uśmiechem na ustach.

Jestem świadoma, że poradników na temat diet odchudzających i zdrowego stylu życia na rynku są tysiące, a na portalach społecznościowych można znaleźć mnóstwo fit-przepisów i wskazówek, jak skutecznie zrzucać kilogramy. W mojej książce proponuję jednak nieco inne podejście do tematu odchudzania. Metodą prób i błędów, dzięki najnowszej wiedzy z zakresu psychologii, dietetyki i fizjologii, którą podzielili się ze mną specjaliści, wypracowałam własny model tracenia zbędnych kilogramów i zdrowego odżywiania z uśmiechem na ustach.

Choć w tytule są dziewczyny, to jednak z przepisów mogą oczywiście skorzystać mężczyźni którzy poszukują inspiracji kulinarnych i chcą zrzucić nieco kilogramów!

Moją uwagę zwróciło stwierdzenie, że nie chodzi o to, aby doprowadzić do wagi idealnej, ale by utrata kilogramów była taka, na jaką nas stać. Jak to należy rozumieć?

Chodzi o to, aby każda z nas poczuła, że odchudzanie nie musi być męką. Celem jest wprawdzie zgrabna sylwetka, ale równie ważne jest dobre samopoczucie, energia, uśmiech, wigor, chęć do działania. Czas jednak poluzować sznureczki i zacząć korzystać z życia, a nie tylko obsesyjnie liczyć kalorie i katować się ćwiczeniami. Nie ma bowiem wagi idealnej, jest waga indywidualna, czyli taka, która jest do osiągnięcia w warunkach, w których funkcjonujemy.

Przed laty specjaliści wręcz wmawiali, że należy ściśle trzymać się wytycznych dotyczących liczby spożywanych kalorii, bo bez dietetycznego reżimu nie osiągniemy celu, czyli szczupłej figury. Wiele osób na diecie odmawiało sobie przyjemności jedzenia, czuło głód i nienasycenie. Przy komponowaniu gotowych, narzuconych jadłospisów rzadko kto uwzględniał indywidualne preferencje i smaki. Był gotowiec i trzeba było z niego korzystać. Co z tego, że po długich miesiącach wyrzeczeń waga osiągnęła w końcu określony poziom, ale jednocześnie pojawiała się frustracja i złość? Wiele osób wręcz rzucało się na jedzenie, co skutkowało efektem jo-jo. I zabawa rozpoczynała się od nowa…

Moja książka udowadnia że przy komponowaniu i przyrządzaniu posiłków można się świetnie bawić. Trzeba podejść do tego na luzie, z uśmiechem, bez tak zwanej napinki.

Sugeruje Pani także, że lepiej wsłuchać się w swój organizm i zastanowić się, co jest naprawdę ważne – uzyskanie wyidealizowanej wagi kosztem wielomiesięcznych trudów, czy osiągnięcie sylwetki, w której będziemy dobrze się czuli, bez frustracji i morderczych treningów. Relaksujące podejście…

W książce „Dieta najedzonych dziewczyn” udowadniam, że utrata zbędnych kilogramów jest możliwa bez frustracji i głodu. Z moich doświadczeń wynika, że wiele dziewczyn marząc o schudnięciu, wyznacza sobie bardzo nierealne cele. Kobiety są dla siebie bardzo surowe. Myślą, że w wieku 40 lat mogą bez problemu ważyć tyle samo co dwadzieścia lat temu. Nie biorą pod uwagę całego bagażu doświadczeń i zdarzeń. Wiele za nas ma za sobą ciążę, zawirowania hormonalne. Do tego dochodzi jeszcze siedzący tryb życia, czyli korzystanie z auta bez opamiętania, osiem czy dziesięć godzin w biurze. Nawet jeśli osiągną wagę sprzed dwudziestu lat, będzie to okupione wielomiesięcznymi wyrzeczeniami. Czy nie lepiej skupić się na mniejszych celach, które są łatwiejsze do zdobycia, bez katorżniczych diet i wycieńczających ćwiczeń? Życie jest zbyt krótkie, aby nie czerpać przyjemności z jedzenia.

Oczywiście, przy okazji odchudzania musimy zmienić kilka rzeczy w codziennym jadłospisie. Piszę o tym w swojej książce. Chodzi m.in. o odpowiedni rozkład posiłków czy dostateczne nawadnianie. Nie ma tak, że jemy bez opamiętania i chudniemy. Jeśli przygotowujemy ciasto, to nie jemy całej blaszki, tylko kawałek. Gdy szykujemy sałatkę, to raczej przestrzegamy proporcji składników i nie zwiększamy ilości np. orzechów czy oliwy, czyli najbardziej kalorycznych produktów. To samo z koktajlami. Jeśli mamy w przepisie, że wrzucamy do blendera pół banana, garść truskawek i pół szklanki mleka, nie zwiększajmy znacznie ilości owoców, możemy je jednak zamienić, na przykład zamiast truskawek użyć malin czy borówek.

Nie osiągniemy też sukcesu, jeśli będziemy siedzieć na kanapie i czekać na to, że kilogramy same znikną. Nic z tych rzeczy! Sport musi być, i to regularny, 2-3 razy w tygodniu, bez wymówek. Warto jednak zaleźć dyscyplinę, w której dobrze się czujemy i czerpiemy satysfakcję. W moim przypadku jest to tenis, ping-pong, jazda na rowerze, a zimą na nartach. Lubię sporty oparte na rywalizacji, towarzyskie. Gimnastyka czy siłownia sama w sobie nigdy nie sprawiała mi przyjemności i nie byłam w stanie się do niej zmusić. Okazało się, że wcale nie muszę, że są inne sporty dzięki którym można zaliczyć aktywność fizyczną!

Ale przecież we współczesnym świecie jesteśmy oceniani w dużej mierze poprzez wygląd zewnętrzny. Smukła sylwetka jest symbolem sukcesu i zdrowia. Jak to pogodzić z luźnym podejściem do odchudzania?

Faktycznie, dziś szczupłość równa się sukces, atrakcyjność, zdrowie i silna wola. Nadwaga i nadprogramowe kilogramy są postrzegane jako synonim lenistwa, zaniedbania i nieefektywności. Wiele osób jest przekonanych, że tylko zgrabna sylwetka zapewni im świetną pracę czy pomoże znaleźć partnera. Nic więc dziwnego, że współczesne kobiety skupiają się nadmiernie na swoim wyglądzie. Może to zabrzmi jak banał, ale czas skupić się na innych rzeczach niż wbicie się w rozmiar 34. Pokochajmy nasze ciało, celebrujmy drobne przyjemności, gotujmy pyszne potrawy, cieszmy się życiem.

Najszybszy efekt przynoszą restrykcyjne diety, ale niewiele osób potrafi konsekwentnie trzymać się zaleceń. A jednocześnie każde odstępstwo od diety okupuje się wyrzutami sumienia…

Niestety diety eliminacyjne i drastycznie ograniczające liczbę spożywanych kalorii działają tylko na krótką metę. Nikt długo nie jest w stanie wytrzymać takiego restrykcyjnego, pełnego zakazów sposobu odżywiania. Zresztą przy okazji stosowania takich diet szybko pojawiają się symptomy różnych niedoborów, organizm zaczyna się mocno buntować. Nie o to nam chodzi.

Innymi słowy nie należy się katować za chwilę słabości. Wręcz przeciwnie – za wysiłek trzeba się nagradzać. Co kryje się pod określeniem „cheat meal”?

To pojęcie, które zrobiło prawdziwą rewolucję w odchudzaniu. I bardzo dobrze, bo cheat meal idealnie wpisuje się w koncepcję tracenia kilogramów „na luzie”. Cheat meal jest określany jako mniej zdrowy, wręcz „niedozwolony” posiłek, na który można pozwolić sobie od czasu do czasu w ramach nagrody za trudy związane z odchudzaniem. Może to być na przykład burger z frytkami, ciasto czekoladowe czy lasagne. Specjaliści wskazują, że taki posiłek redukuje napięcie związane z przestrzeganiem diety i jest sposobem na odprężenie się. Dodaje mocy i przywraca wiarę we własne siły. Można go zjeść maksymalnie raz w tygodniu, najlepiej w środku dnia, aby mieć czas na spalenie dostarczonych organizmowi dodatkowych kalorii.

Co jest więc istotą skutecznego, ale równocześnie przyjemnego odchudzania?

W walce z uczuciem głodu na diecie odchudzającej pomoże wybieranie pewnych produktów i komponowanie z nich dania tak, aby czuć się najedzonym, a jednocześnie nie przesadzić z kaloriami. Można to osiągnąć, stosując sprytne sztuczki. Odsyłam wszystkich zainteresowanych do książki.

We wstępie do książki przedstawia Pani triki, które sprzyjają odchudzaniu…

Zależało mi, aby odchudzające się dziewczyny dostały gotowe podpowiedzi, co zrobić w chwilach słabości czy innych trudnych sytuacjach takich jak wakacje all inclusive czy napady apetytu w chłodne dni.

Każda z nas ma czasem na przykład straszną ochotę na zjedzenie słodkiej rzeczy. W poradnikach dotyczących odchudzania można przeczytać rady typu „zjedz surową marchewkę czy pieczone jabłko”. Nasz organizm nie da się jednak tak łatwo oszukać i będzie żądać prawdziwych słodkości. Warto wiedzieć, co jest w takich chwilach „dozwolone”. A jest całkiem dużo. Można sięgnąć po zbożowy batonik na bazie suszonych owoców. Jest ich obecnie sporo na rynku, można wybrać produkt z dobrym składem. Jego kaloryczność jest wprawdzie podobna do zwykłego batonika, ale ma on lepszą wartość odżywczą. Zawiera np. błonnik, który daje uczucie sytości, i węglowodany złożone, które są stopniowo uwalniane w organizmie, więc taki zamiennik zaspokoi głód na dłużej.

To tylko jeden z przykładów na trudne sytuacje, z jakimi zetkniemy się na pewno w trakcie odchudzania. O innych przeczytacie w mojej książce. A także o tym, jak sprytnie zastąpić bułkę tartą, panierkę, śmietanę czy majonez, czyli produkty uważane za niezdrowe i kaloryczne. Takich praktycznych porad jest w mojej książce całe mnóstwo.

Omawia Pani również techniki przygotowywania posiłków, zdrowe zamienniki, suplementy, jak też wskazuje na znaczenie nawodnienia w odchudzaniu. Jak się przekonać do picia wody?

Wiele osób ma z tym problem. Niektórym smak wody nie odpowiada inni zapominają o regularnym nawadnianiu, jeszcze inni są przyzwyczajeni do picia soków czy herbat. Moim zdaniem kluczem do sukcesu jest znalezienie odpowiedniej wody, która będzie nam smakować. To banał, ale jeśli woda nam nie „podchodzi”, nie będziemy po nią sięgać. Sama miałam z tym problem. Nie pomagały rady w stylu „dorzuć listek mięty” czy „wyciśnij odrobinę soku z cytryny”. Woda mi nie smakowała i już, zmuszałam się do jej picia aż do chwili, kiedy przeprowadzałam wywiad z dietetyczką. Już po nagraniu powiedziałam jej o swoim problemie. Poradziła, żeby kupić wody różnych firm, gazowane i nie i testować aż znajdę właściwą. I to był strzał w dziesiątkę. Od lat piję wodę lekko gazowaną (bo niegazowana zwyczajnie mi nie wchodzi) i udaje się osiągać codziennie pożądany poziom nawodnienia w postaci 2,5 litra dziennie!

Drugą część książki stanowią przepisy kulinarne. To Pani autorskie propozycje?

Tak, większość przepisów to moje autorskie kompozycje wypróbowane na przestrzeni lat. Pisząc książkę zależało mi, aby składniki, których używam do przyrządzania potraw, były sezonowe i dobrej jakości.

Wśród blisko 100 przepisów na sycące dania nie ma wymyślnych potraw, których przygotowanie zajmuje długie godziny.  To ważne w dzisiejszym zaganianym świecie. Założenie jest takie, że szybko kroimy, siekamy, wrzucamy do garnka lub na patelnię, doprawiamy i … rozkoszujemy się jedzeniem. Oczywiście można liczyć kalorie (bo przy każdym daniu są dokładne wyliczenia wartości energetycznej), ale nie trzeba koniecznie tego robić, bo prezentowane dania są bardzo fit!

Są propozycje na każdą porę roku i dla tych, którzy preferują mięso i osób, które są wege. Nie zapominam też o słodyczach, są przepisy dla tych, którzy kochają cukier, ale w zdrowej postaci! Dla osób, które lubią wesprzeć się profesjonalnymi autorytetami, proponuję 20 specjalnych przepisów ułożonych przez dietetyczki.

Czytając wstęp, odniosłam wrażenie, że „Dieta najedzonych dziewczyn” jest efektem Pani doświadczeń z dietami?

Tak, przetestowałam wiele programów odchudzających i diet, a od ponad 15 lat piszę na temat zdrowego stylu życia i gubienia kilogramów, przeprowadzam wywiady z ekspertami, śledzę wszelkie newsy dotyczące zdrowego stylu życia. W tym czasie zgromadziłam ogromną wiedzę na temat mechanizmów odchudzania i odżywiania. Ukończyłam też studia podyplomowe Food studies. Zdecydowałam się napisać tę książkę, aby wspomóc czytelników w walce z kilogramami, bo sama dobrze wiem, że jest to dość trudne zadanie. Postanowiłam jednak, że skupię się na przyjemniejszych aspektach odchudzania, zadbam nie tylko o ciało, ale także dobre samopoczucie moich „dziewczyn”. To książka bardzo praktyczna, nie tylko do czytania i przeglądania, ale także testowania i eksperymentowania! Mam nadzieję, że czytelnicy skorzystają z zawartych w niej rad i odchudzanie stanie się dużo prostsze.

To najlepsza rekomendacja. Dziękuję za rozmowę.

 

 Rozmawiała Magda Kaczyńska

materiał wydawnictwa Harde

 

 

Czy tylko dziewczyny są na diecie? Ewa Zwierzchowska i jej książka

Akcja obu tomów toczy się w XVII w., naznaczonym potopem szwedzkim i wojnami z Turcją. Fascynujący okres w historii Polski?

Zdecydowanie tak! Chociaż do tej pory znany głównie z perspektywy wojen toczonych przez Rzeczpospolitą z sąsiadami. Dzisiaj czytelnicy oczekują, by im pokazać nie tylko spiżowych bohaterów, umierających z uśmiechem na ustach za swoją ojczyznę. Chcą zobaczyć ich życie codzienne w domu, w kuchni i w sypialni. Żądają prawdziwych postaci, poruszających się w realnym świecie. Chcą poznać ich obyczaje, problemy i bolączki.

Równocześnie jest to jednak czas rozkwitu renesansowego miasta idealnego – Zamościa. Do czego przyczynił się też Jan Zamoyski, bohater obu tomów powieści, który był hulaką i rozpustnikiem, ale też dobrym gospodarzem…

Wiemy oczywiście, że za czasów Sobiepana Zamość rozwinął się gospodarczo i że dbał on o swoich kupców, rzemieślników oraz doinwestował Akademię Zamojską, ale o ileż ciekawsze są jego hulanki i swawole (śmiech). Książka skierowana jest raczej do tych, którzy ponad liczby cenią sobie dworskie intrygi i fascynujący obraz życia w pańskim pałacu.

Jan Zamoyski jest postacią historyczną, a nałożnica z jego haremu - Józia z Brzezin? Czy w starych dokumentach, listach, relacjach znajdziemy jej pierwowzór?

Tak. Zachowały się wzmianki, dość lakoniczne, ale jednak są na temat dziewczyn z haremu Sobiepana. Wiemy, że w pewnym momencie zaczął on rekrutować młode kobiety różnych stanów, które zgromadził w jednym miejscu, by służyły jego rozrywce. Wiedzieli o tym również jego przyjaciele i wspominali o nich w listach, pismach, fraszkach i wierszach. Sobiepan był dumny ze swojego dzieła i obnosił się z nim jak z ogromnym osiągnięciem. Inni panowie, w tym znany wszystkim książę Bogusław Radziwiłł, zazdrościli mu posiadania doborowej gromadki gotowych na każde skinienie dziewcząt.

W Domu gejsz drogi życia Zamoyskiego i Józi rozchodzą się.

Drogi głównych bohaterów Haremu się rozchodzą, ale ich losy pozostają kanwą drugiej części powieści, to wokół nich i wokół Marysieńki toczy się akcja Domu gejsz. Nie chciałbym uprzedzać faktów, ale niechęć dwóch najważniejszych kobiet w życiu Sobiepana będzie aż iskrzyć na kartach książki.

Młoda żona magnata, Maria Kazimiera d’Arquien, rozpędza harem męża…
I to była kość niezgody między młodymi małżonkami! Marysieńka zaczyna pożycie małżeńskie, zabierając mężowi jego ulubioną zabawkę i wtedy się zaczyna ...

Jan Zamoyski słynął z nieposkromionych chuci, ale nie był czuły na wdzięki młodej i pięknej przecież żony. Jak układały się ich relacje?

Ależ był! Zauroczył się nią, może nawet zakochał w pierwszej chwili. Tak musiało być, skoro w dobie związków polityczno-gospodarczych, bo tak wyglądały w tym czasie małżeństwa wielkich tego świata, zdecydował się wbrew swojej rodzinie pojąć za żonę ubogą dwórkę. Bez najmniejszej wątpliwości świadczy to o czułości Sobiepana na wdzięki Marysieńki – zobaczył ją i zapragnął ją mieć!

Co więc się stało, że ukazane w powieści relacje młodych małżonków od początku układają się tak źle?

Marysieńka pokazała pazurki (śmiech)! Pan ordynat (jak większość kawalerów od początku świata) nie spodziewał się, że młoda żonka zacznie ich wspólne pożycie od zdemolowania jego poukładanego życia. Myślał, że będzie sobie żył w swoim haremie, tak jak do tej pory, tyle że mając na dodatek piękną żonę, z którą będzie się mógł pokazać w towarzystwie. A tutaj niespodziewanie jego nowa atrakcja zażądała wyłączności dla siebie i cały świat pana na Zamościu się rozsypał. Stąd nie może dziwić, że zareagował dość nerwowo.

A właśnie – rodzina! Wspomniał Pan o niechęci rodziny. Nie jest tajemnicą, że królująca na zamojskim dworze siostra Jana Zamojskiego i wdowa po Jeremim Wiśniowieckim, Gryzelda, też nie darzyła bratowej miłością. Dlaczego?

Powodów było tak wiele, że nie wiem od czego zacząć! Po pierwsze i najważniejsze: pochodzenie panny młodej – dla kogoś takiego jak Gryzelda, wdowa po wielkim wodzu i księciu Jeremim Wiśniowieckim, a do tego osoba z takim pochodzeniem, ślub jej brata z dwórką był mezaliansem. Rodziny polskich magnatów szukały odpowiednich partii do związku małżeńskiego wśród równych sobie w kraju albo za granicą. Według Gryzeldy odpowiednią kandydatką dla Zamoyskiego była co najmniej księżniczka z kręgu jednego z potężniejszych rodów panujących w Europie. A tu trafił się, nie przymierzając – Kopciuszek.

Po drugie: Marysieńka od pierwszej chwili chciała pokazać, kto tu rządzi, zademonstrowała charakterek, uderzając z marszu w mężowski przybytek rozkoszy i zamierzała walczyć o rządy w zamojskim pałacu z dotychczasową niepodzielną władczynią – to musiało doprowadzić do konfliktu. Wojna od początku wisiała w powietrzu.

W Zamościu nie oszczędzano Marysieńce upokorzeń…

To prawda, miała cały czas pod górę. Nikt jej nie lubił i dawno jej to odczuć na każdym kroku. Staram się to pokazać w książce.

Czy czytelnik „Domu gejsz” pozna również kulisy narodzin jednego z najsłynniejszych polskich romansów – Marysieńki i Jana III Sobieskiego?

Tak, początki znajomości jednej z najsłynniejszych w dziejach Polski pary kochanków datują się na pierwsze tygodnie po ślubie Sobiepana i Marysieńki. Odtrącona przez męża młoda żona potrzebuje przyjaciela i wtedy w Zamościu pojawia się przystojny sąsiad...

Losy Marysieńki wiążą się na kartach Domu gejsz z losami Józi. Równie istotny jest jednak w książce wątek zamorskiej podróży Sobiepana. Zamojski awanturnik chce dotrzeć do tajemniczej Japonii, by poznać legendarny świat gejsz. Prawda historyczna czy fikcja?

Sobiepan odbył kilka zagranicznych podróży. Nieco wiadomości zachowało się jedynie z tej pierwszej, losy kolejnych pozostawały dotychczas nieznane. Nie można wykluczyć, że dysponując takim potencjałem, nasz bohater mógł odbyć podróż nawet do Azji. Jego późniejsze działania sugerują, że inspiracji do swoich dokonań poszukiwał daleko poza granicami naszego kraju.

Czytając opis podróży Zamojskiego, można odnieść wrażenie, że przemierzał bezkresne oceany w pogoni za marzeniami. Że Polska była po prostu dla tego niespokojnego ducha za ciasna…

Mając ogromne środki i bujną wyobraźnię, poszukiwał spełnienia w innych dziedzinach niż jego przodkowie. Sięgał wyobraźnią dalej i śmielej. Trudno byłoby mu dorównać w życiu politycznym ojcu, a szczególnie dziadkowi. Może dlatego nie przejawiał aspiracji w tym kierunku. Wybrał własną drogę i konsekwentnie nią kroczył.

Podobnie jak w Haremie, również w Domu gejsz nie stroni Pan od odważnej erotyki i namiętnej miłości. Czy to zabieg uzasadniony fabularnie, czy raczej motyw, który ma zachęcić do sięgnięcia po książkę?

I jedno i drugie. Jeśli pisze się książkę o haremie, to trudno skupiać uwagę czytelników na uroczystościach kościelnych, choć i w nich niewątpliwie nasz bohater uczestniczył każdej niedzieli. Jeśli główną postacią powieści jest hulaka i miłośnik domów publicznych, to pokazywanie go w sytuacji, gdy oddaje się czytaniu książek – tak, wiemy że to też robił – byłoby mniej ciekawe dla czytelników. A że w dzisiejszych czasach, szczególnie wśród czytelniczek, ogromnym zainteresowaniem cieszy się literatura erotyczna, to trudno zignorować zapotrzebowanie tak dużej części wielbicielek polskiej powieści historycznej. Żaden pisarz nie tworzy dla siebie, tworzy się dla innych. Uczestnicząc w licznych spotkaniach z czytelnikami, wiem, czego potrzebują i czego szukają w książkach, dzięki temu mogę wychodzić naprzeciw niektórym oczekiwaniom.

Jak by Pan zareklamował Dom gejsz?

To najtrudniejsze pytanie (śmiech), bo niełatwo znaleźć odpowiednie słowa, by zachwalać swoją twórczość. Ale gdybym musiał, to po długim namyśle powiedziałbym, że w moich książkach czytelnik znajdzie nie tylko rozrywkę, romans, miłość i przygodę, ale również wiedzę na temat życia ludzi w dawnych, bardzo ciekawych czasach. Bo w końcu książki mają nas nie tylko bawić, ale i uczyć.

O książce rozmawiała Magda Kaczyńska

materiały wydawnictwa Harde

NOWOŚĆ! Dom gejsz. Rozmowa z Waldemarem Bednarukiem.

O wydawnictwie HARDE

Szanowni Państwo, Drodzy Autorzy,

Odważnie, a nawet – nomen omen – hardo kroczymy do przodu! Nie boimy się tematów tabu. Odkrywamy nieznane obszary, do których zwykły śmiertelnik zazwyczaj nie ma dostępu. Obserwując życie bohaterów naszych książek, nie tylko wtapiamy się w ich codzienność, lecz przede wszystkim poznajemy sekrety, dylematy i pragnienia. W życiu i literaturze szukamy emocji – od gniewu po miłość, od złości po tęsknotę. Piszą dla nas znani i uznani polscy autorzy.

Stawiamy na fakty!

Wydajemy literaturę faktu w oparciu o aktualne wydarzenia, dziennikarskie śledztwa oraz postaci i tematy, które intrygują opinię społeczną. W naszym wydawnictwie ważną pozycję zajmują również biografie i książki wspomnieniowe. Natomiast w poradnikach autorstwa wybitnych profesjonalistów znajdą Państwo cenne porady na temat zdrowia i dobrego samopoczucia oraz oryginalne przepisy kulinarne.

Należymy do polskiej grupy multimedialnej GRUPA ZPR MEDIA, która jest właścicielem  silnych marek medialnych takich jak  Super Express, portal se.pl , stacje radiowe Eska , Wawa, Vox, portale tematyczne jak poradnik zdrowie.pl, beszamel.pl oraz wiele innych serwisów internetowych i czasopism hobbystycznych.

Chcesz z nami pracować? Napisz do nas: harde@grupazpr.pl

Chcesz wiedzieć wszystko o naszych książkach?
Jako pierwszy dowiesz się o  naszych planach, nowościach, promocjach. 

Zapisz się do naszego newslettera!